Dwie koszmarne książki

PicMonkey Cossllage.jpg

Czasem jest tak, że ubóstwiamy jakiegoś twórcę miłością bezkrytyczną. Zdarza się, że darzymy kogoś sentymentem ze względu na czas, w jakim po raz pierwszy zetknęliśmy się z jego twórczością bądź po prostu uważaliśmy kogoś za geniusza słowa pisanego, ponieważ jego nazwisko było naszym pierwszym zetknięciem z literaturą.

Miano pierwszej pozycji na tej krótkiej niechlubnej liście należy do Stephena Kinga, uważanego przez wielu czytelników za mistrza w swoim gatunku. Osobiście miałam o tym pisarzu podobne zdanie gdzieś do ukończenia gimnazjum, potem odkryłam bogaty świat ebooków i mój czytelniczy horyzont powiększył się o więcej niż trzy nazwiska. Nie zmienia to faktu, że wciąż uważam Kinga za twórcę wybitnego – nie da się ukryć, że Amerykanin wywarł znaczny wpływ na współczesną popkulturę, choć ze smutkiem stwierdzam, że najlepsze lata jego twórczości niepokojąco pokrywają się z okresem zmagania się z uzależnieniem od alkoholu.

Stukostrachy zdają się uosobieniem wszystkich bolączek, na jakie cierpiały poprzednie dzieła Amerykanina: jest irracjonalnie długa (dobre siedemset stron drobną czcionką, a samo rozwinięcie zajmuje ponad dwieście z nich), przy czym treść się niemiłosiernie ciągnie, a dłużyzn nie urozmaica nic, co ożywiłoby przysypiającego czytelnika. A szkoda, bo początkowo nic nie wskazywało na to, że to będzie monotonna rozrywka – akcję otwiera znalezienie przez główną bohaterkę odsłonionego fragmentu statku kosmicznego, po czym fabuła skupia się na próbach wydobycia wraku i losach mieszkańców miasta, traktowanych przez coś w rodzaju choroby popromiennej, skutkującej zmianami cielesnymi i psychicznymi, zmieniając każdego ćwierć inteligenta w technicznego geniusza. Tym bardziej zadziwia, jak tak obiecujący koncept został skrewiony: każde, nawet najmniej istotne wydarzenie rozciągnięto do granic wytrzymałości, a przełomowe w zamierzeniu momenty tracą na sile uderzenia ze względu na patetyczny i posępny tonem, jakim są napisane.

Zawodzą również bohaterowie, a przecież kreacja nietuzinkowych postaci i dogłębne analizy psychologiczne to jedna ze specjalności autora. W Stukostrachach nie omieszkano poświęcić im szczegółowych retrospekcji i rozwlekłych wewnętrznych monologów, ale ich wpływ na rozwój fabuły jest tak znikomy, że czytający może zadawać sobie pytanie: po co to wszystko? Motywacje bohaterów wciąż pozostają niejasne, ich zachowanie nielogiczne, a całe rozdziały opisujące wewnętrze walki zbędne, kiedy ostatecznie okazuje się, że wszystkiemu winne są zupełnie inne czynniki. Mnóstwo fałszywych tropów, mało konkretnej akcji. Tym bardziej zaskakujące, bo dotychczasowe utwory Kinga przyzwyczaiły mnie do długich wstępów owocujących satysfakcjonującym i trzymającym w napięciu rozwinięciem, natomiast w przypadku Stukostrachów jedynym mocniejszym uczuciem było uczucie ulgi, kiedy (wreszcie!) lektura dobiegła końca.

Jeśli miałabym porównać Stukostrachy do innej książki autorstwa Stephena Kinga to myślę, że najbliżej mu do Czarnego Domu – oba tytuły charakteruzuje to samo powolne tempo i właściwie brak bohaterów, których można darzyć sympatią. Jeśli lubicie klasyczne powieści tego autora w horrorowym stylu to niekoniecznie spodoba się wam ta pozycja, chyba, że jesteście fanami Czarnego Domu, wtedy powinnyście być usatysfakcjonowani. Osobiście czuję, że straciłam swój czas i w przyszłości będę uważniej dokonywać wyboru – i nie skreślać negatywnych recenzji ze względu na osobistą sympatię i dorobek autora.

Druga z koszmarnych książek, jaką miałam (nie)przyjemność ostatnio przeczytać jest pozycja, na którą czekali wszyscy fani Harry’ego Pottera, a której właściwie nikt tak naprawdę nie oczekiwał. Mowa o Przeklętym Dziecku, nawet nie powieści w klasycznym tego słowa znaczeniu, a wydanym skryptem sztuki teatralnej pod tym samym tytułem. Pominę wszelkie kontrowersje i atmosferę skandalu, jakich źródłem stała się sztuka i to jeszcze przed premierą, bowiem każdy z zarzutów jest bzdurniejszy od poprzedniego, a sama sprawczyni zamieszania w osobie Joanne Kathleen Rowling nie była w stanie logicznie odeprzeć większości z nich. I przede wszystkim, nie udzieliła godnej odpowiedzi na pierwsze pytanie, jakie nasunęło się mi po przeczytaniu książki, której wprawdzie nie napisała osobiście, ale którą zaakceptowała i udzieliła błogosławieństwa autorom – DLACZEGO COŚ TAK KOSZMARNEGO UJRZAŁO ŚWIATŁO DZIENNE?

Naprawdę, ten koszmarny twór w niczym nie przypominał kultowej już serii o Potterze, ukochanego zbioru mojego dzieciństwa – nie tylko ze względu na formę, choć ta tak wpasowuje się w klimat świata czarodziejów, jak smycz do kota, ale z powodu nędznej treści, nieporządnie wklepanej na kartki papieru, oprawionej w sztywną okładkę i sprzedanej jako pełnoprawna książka.

Oś fabuły, główny zamysł oraz przeciwnik są kompletnie niespójne i zaprzeczają wszystkiemu, co niosła ze sobą oryginalna seria. Główny plot, czyli bunt syna Harry’ego i szaleńcza podróż w czasie jest kompletnie pozbawiony sensu, jak gdyby twórcy zebrali ze sobą do kupy najbardziej szalone z fanowskich teorii i nieudolnie sklecili je razem. W efekcie Przeklęte Dziecko czyta się jak fanfiction, nie jak kompletne dzieło z uniwersum Hogwartu, przy czym czuję się w obowiązku zaznaczyć, że jest to fanficion niskich lotów, przy którym radosna twórczość fanów zmierzchu na wattpadzie to arcydzieło gatunku. Zapomnijcie o Harrym, dla którego najważniejszą wartością była rodzina – w tej odsłonie wybucha agresją i odrzuca własnego syna w stylu, którego pozazdrościłby mu wuj Vernon, a ciotkę Petunię zamurowałoby z zachwytu. Reszta postaci zachowuje się równie sztucznie i niezgodnie ze swoimi charakterami, z finezją godną postaci z cut scenek niskobudżetowego RPGa: Ron jest większym idiotą niż zazwczaj, Hermiona bez istotnego powodu przeistacza się w sucz nie z tej ziemi, syn Pottera co rusz obściskuje się z pierworodnym Draco Malfoya, a pani serwująca łakocie w Hogwart Express ewoluuje w cholernego potwora z Silent Hill. W oryginale Rowling ograniczyła przedstawienie struktur rządzących światem, skupiając się na charakteryzacji bohaterów i złożonych relacjach między nimi, tutaj nie ma ani jednego, ani drugiego – ze względu na formę opisy zostały zredukowane do minimum, a kwestie dialogowe są niedopasowane, lakoniczne i wprost szeleszczą papierem.

Nie wierzę, że to przeczytałam i dziwię się sobie, że w akcie rozpaczy podsyconego rozczarowaniem nie spaliłam tego pożal się Boże dzieła na suchy wiór. Najzabawniejsze jest to, że przez kilka portali książka ta została uhonorowana mianem Wydarzenia Roku, jednak boom sprzedażowy mógł bardziej niż rzeczywistą wartością kontentu być spodowany frajerami mojego pokroju, którzy przez chwilę uwierzyli, że są w stanie powrócić do magicznego świata Harry’ego Pottera.

Dzięki Rowling za spierniczenie mojego dzieciństwa. Kiedy następnym razem będę chciała zmarnować swoje pieniądze, po prostu wydam je na tajskie żarcie – nawet bolesna biegunka następnego ranka wydaje mi się przyjemniejszą opcją, niż lektura kolejnej z sygnowanych twoim nazwiskiem KSIUNŻEK.

Nigdy więcej.

Koty to szuje


koty.png


Uwielbiam zwierzęta, wszelkiej maści, rozmiaru i koloru. Poza insektami i ślimakami – te pierwsze mnie zbrzydzają, drugie nie wiedzieć czemu przerażają, nie ufam jakoś tym tępym cokolwiek-to-jest-na-przedzie i obłym ciałkom, fuj. Myślę, że byłabym w stanie zjeść ślimaka (podobno w smaku przypominają nasze rodzime maślaki), ale żywego do ręki nie wzięłabym nawet pod groźbą wysłuchania despacito dwa razy pod rząd.

Na szczęście mój kot wykazuje zainteresowania kulinarne wyżej wymienionymi i w ten sposób spłaca swoją część czynszu: eksterminując niepożądane towarzystwo. Zdarza mu się polować na ptaki, ale jedyne sukcesy na tym polu to znoszenie do domu piór i składanie mi ich na poduszce, ewentualnie częściowa konsumpcja tychże i malownicze rzyganie po nich.

Przy okazji jednego z offtopowych postów wspomniałam, że nasz kocur sprawiał jakiś czas temu problemy – nie mógł przeboleć pojawienia się nowego członka rodziny w osobie naszego dziecka i kryzys emocjonalny odreagowywał posikując to tu, to tam. To skłoniło nas do podjęcia radykalnych środków, czyli, mówiąc wprost, pozbawiliśmy kocura kulek mocy.

I JAK SIĘ OKAZAŁO NIEPOTRZEBNIE, BO OBCE KOCISKO WSPINA SIĘ NA DACH I ROZPYLA ZŁOTY DESZCZ NA ŚCIANĘ I KWIAT PRZY OKNIE.

Autentycznie, obcy kot, ładny, taki wielki i puszysty, podchodzi do okna i czasem siknie przez poddaszowe okno do łazienki na nasze szczoteczki do zębów, a to na krzesło w dużym pokoju czy wymienionego wyżej kwiata, a właściwie drzewko, cholera wie co to jest, wysokie i liściaste. W nocy musimy się upewniać, że wszystkie okna są zamknięte, bo inaczej obudzi nas smród kociej uryny. Rany boskie, co to jest za smród – znalezione na dnie szafki z butami zakiszone skarpetki męża to przy tym armani code.

Kupię wiatrówkę. Pilnie. Ewentualnie skalpel i pół litra denaturatu do kastracji – nie wydam kolejnych trzydziestu funtów po to, żeby wykastrować cudzego kota.

Niektóre koty to szuje.

Dzikie łowy w sercu nowozelandzkiego buszu

81-hunt-for-the-wilderpeople.jpg

Z twórczością Taika Waititi spotkałam się po raz pierwszy podczas Co robimy w ukryciu, komedii z gatunki mockumentary genialnie łączącej ze sobą elementy groteski, ironicznego spojrzenia na rzeczywistość i specyficznego poczucia humoru. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że słodki gość odgrywający rolę pedantycznego wampira to również reżyser tego tytułu, dopiero w ostatnim widzianym filmie zorientowałam się, że jeden z epizodycznych bohaterów niepokojąco go przypomina i W KOŃCU oświeciło mnie, że ten młody facet jest twórcą dwóch filmów, które z miejsca stały się moimi ulubionymi.

Pierwszy z nich to wymieniony What we do in the shadows, drugi to zeszłoroczne Dzikie Łowy, które zawładnęły moim sercem. Głównym bohaterem jest chłopiec o imieniu Ricky, który, zawierzając słowom pani z opieki społecznej, jest niegrzeczny, krnąbny, ciężki do zresocjalizowania oraz skłonny do wandalizmu i fascynacji gangsterskim rapem, trafia do którejś z kolei rodziny zastępczej. Po obiecującym początku, jak to w życiu bywa, wszystko się kiełbasi i chłopiec decyduje się na ucieczkę, byle na powrót nie trafić do ośrodka poprawczego. Po jakimś czasie w ucieczce tej zaczyna towarzyszyć mu jego przybrany wuj – Hec, grany przez Sama Neilla i zaprawdę, tego jeszcze nie widzieliście. Jeśli jesteście przyzwyczajeni widzieć tego aktora w rolach miłych starszych panów ewentualnie zapalonych naukowców możecie być zaskoczeni tym, co prezentuje w swoim nowym wcieleniu. Osobiście go nie poznałam, przynajmniej przez pierwsze czterdzieści minut miałam problem z indentyfikacją twarzy, tak bardzo zmyliła mnie jego marsowa mina i szaleńcze spojrzenie ukoronowane siwą strzechą na głowie.

Porównałabym ten film do pianek marshmallow nadziewanych kulkami pieprzu – słodki i uroczy, ale momentami potrafi wycisnąć łzy z oczu

To czego się obawiałam, to rezultaty współpracy aktora o imponującym dorobku z niemającym doświadczenia filmowego młodzieńcem, jak się okazało bezpodstawnie. Julian Dennison wypada naturalnie i błyskotliwie, aż ciężko sobie wyobrazić, że to jego pierwszy raz na dużym ekranie, do tego wszystkiego ma ogromny potencjał komediowy i spodziewam się zobaczyć go w kolejnych produkcjach.

Fabuła jest pozornie prosta i w przypadku tego rodzaju kina łatwo jest wpaść w ckliwe tony albo co gorsza przesadę, grając na wrażliwej stronie ludzkiej natury i stosując tricki w tonie „patrzcie na tego mizeraka, został porzucony, nikt go nie kocha i jest brzydki, czy znajdzie się ktoś, kto przygarnie biedactwo do piersi?”. Nic podobnego. Twórcy nie popadają w skrajności i zgrabnie balansują na granicy komedii i dramatu, prezentując emocjonalną mieszankę w wyjątkowo estetycznym opakowaniu – struktura filmu jest nieszablonowa, formą zbliżona do książki i podzielona na rozdziały opatrzone osobnymi tytułami. Humor jest wyjątkowo specyficzny i miejscami czarny jak śląski węgiel, a sceny z zarzynaniem świń przywodzą mi na myśl kino przygody z lat dziewięćdziesiątych, choć wegetarianie mogą odczuć mdłości. To w połączeniu ze swego rodzaju bajkowym klimatem i soczystym nasyceniem kolorów może przywodzić na myśl skojarzenia z innym reżyserem o charakterystycznym stylu – Wesie Andersonie, kolejnym z moich ulubieńców – są ludzie skłonni nazywać Taika Waititi nowozelandzkim odpowiednikiem tegoż, moim zdaniem nieco na wyrost, ale podoba mi się kierunek, w jakim on podąża i stopniowo wyrabia własny niepowtarzalny styl.

Kolejna rzecz, która mnie zachwyciła, to zdjęcia – mogłabym nazwać ten film wizytówką Nowej Zelandii, zaprezentowane krajobrazy zapierają dech w piersiach i aż żal ogarnia na myśl o cenie biletów w tamte okolice. Minusy? Osobiście pokochałam Dzikie Łowy bezwarunkowo, chociaż nawet moje różowe okulary nie mogły nie dostrzec sztuczności dzikiej świni – ta wygląda jak ofiara taniego CGI i wyraźnie odznacza się w możliwie naturalnej scenerii. Dla co dociekliwszych widzów wadą fabularną może być fakt, że pomimo wielu miesięcy spędzonych w buszu chłopiec nie schudł ani kilograma – reżyser odniósł się do tych zarzutów twierdząc, że żądanie od dziecka zrzucenia znacznej wagi mogłoby okazać się zbyt obciążające psychicznie, a same zdjęcia trwały pięć tygodni, w tak krótkim czasie nawet Christian Bale miałby problem ze zrzuceniem balastu, a co dopiero dzieciak w okresie dojrzewania.

Czy polecam ten film? Oczywiście, stąd moje wcześniejsze peany na jego cześć – jednak zaznaczam, że by w pełni rozkoszować się seansem, trzeba mieć określonego rodzaju wrażliwość. Nie wrażliwość gorszą bądź lepszą, bo kategoryzowanie ludzi ze względu na ich gust jest co najmniej nie w porządku – tylko uwielbienie do tego rodzaju kina, które jest ciut dziwne i oniryczne, jak jedno z dziecięcych wakacyjnych wspomnień. Jeśli nie czujecie podobnych klimatów, odbierzecie tę historię jako kolejny nudny film o dwóch takich, co utknęli w lesie.


88a0832033b13be3e7bfbdf9f3dd0e6b79


 

Czekam na kolejne filmy Taika Waititi – coś czuję, że ten gość niejeden raz mnie zaskoczy.

Powrót do Przeszłości: Dr Strange – o dziwo całkiem spoko

Jestem świeżo po sensie Doktora Strange i jestem w szoku, jak bardzo film Marvela mi się podobał. Na wstępie króciutkie usprawiedliwienie:

Tak, wiem, jest grubo pół roku po premierze, ale do jasnej anielki, nie każdy ma czas biegać do kina na każdy świeżo wypuszczony film, zwłaszcza jeśli żyje w uniwersum Życiowego Nieogaru… i omija Marvela szerokim łukiem. Poza tym nie takie serwisy streamingowe złe jak je malują i już za kilka funtów miesięcznie można obejrzeć wszystko online: szybko, tanio i bez ryzyka nawiązania cienia relacji społecznych wychodząc z domu. Polecam serdecznie.

Żanet Kaleta

Do rzeczy zatem. Przeciętny film Marvela kojarzy mi się z fabułą z poziomem skomplikowania porównywalnym do epizodu My Little Pony, napuszonymi bohaterami, posępnymi one linerami i przezabawnymi gierkami słownymi, wyglądającymi dobrze na papierze, w rzeczywistości dość żenującymi nawet dla świeżo upieczonych absolwentów szkoły podstawowej.

Czy Doktor Strange wychodzi poza ten szablon?

Nie do końca. Tytułowy bohater to reptiliański odpowiednik innej postaci z tego świata, mowa o Tonym Starku, który ze swoim ironicznym podejściem do życia i przezabawnym poczuciem humoru przedstawia dokładnie te same cechy. Nawet origin postaci jest podobny: obaj są geniuszami doskonałymi na swoim polu i oboje padają ofiarami drastycznego splotu wydarzeń, co w rezultacie sprowadza ich na ścieżkę praworządności, superbohaterstwa i monogamii. Steven Strange to ceniony neurochirurg, którego błyskotliwą karierę przerywa wypadek samochodowy, na skutek czego traci władzę w rękach i zamiast na sali operacyjnej może co najwyżej popracować w prosektorium. Jak można się domyśleć, taka opcja nie za bardzo przypada do gustu naszemu bohaterowi i zawierzając pewnemu cudownie uzdrowionemu wyrusza na daleki wschód. Tam Tilda Swinton w stylówie na wczesną Sinead O’Connor pokazuje mu potęgę wizualizacji po czym bezceromonialnie wyrzuca za drzwi. Na tym skończyłaby się ta obfitująca w zwroty akcja, gdyby nie interwencja praworządnego czarnoskórego (coś nowego w kinie, z pewnością nie widzieliście wcześniej takiej postaci, może poza jakimś tysiącem razy w KAŻDYM filmie akcji). Potem z górki – trening, zwątpienie, odblokowanie ukrytych zdolności, w międzyczasie wdzianie peleryny i w końcu rozpirzenie głównego przeciwnika – ten w osobie Madsa Mikelsena nie wyróżnia się niczym, czego wcześniej nie przedstawiłoby MCU, ale płytkość motywacji i ogólnego przekazu rekompensują efekty specjalne oraz niezmierzone pokłady wyobraźni, z jaką twórcy zaprojektowali odmienne wymiary. Taka trochę nolanowska Incepcja na koksie.

Może się wydawać, że ilość plusów w żaden sposób nie rekompensuje mnogości negatywów, ale – o dziwo! – mi to wystarczyło w zupełności, żeby dobrze się bawić przy popcornie i coli obowiązkowo lajt. Sceny walki są dynamiczne i prezentują ciekawe rozwiązania na wzajemne spuszczenie sobie wpierniczu, Benedict Cumberbatch uroczy, a Rachel McAdams mniej irytująca niż zwykle. Żałuję tylko, że nie zdecydowano się na dogłębniejszą eksplorację równoległych wymiarów, bo ta część jako fanki podobnych klimatów najbardziej mnie interesowała, ale na co można przymknąć oko ze względu na wprowadzający charakter pierwszej części. Możliwe, że ten wątek zostanie rozwinięty w kolejnych odsłonach i za to trzymam kciuki, bo kolejnego rozwalania miasta przez bezmózgich avengersów nie zniese!

Tylko Madsa szkoda. Jakoś ostatnio ma szczęście do ról iście sean beanowskich – intensywnych, ale krótkich i rzadko kończących się szczęśliwie.

62553543840c150b1212a2a8120b52ba--dr-strange-benedict-smaug

Ale i tak uważam, że dr Strange w tej cienkiej bródce wygląda jak ostatni zboczeniec (bądź co bądź, przynajmniej trzymają się pierwowzoru).

Jubileusz Panowania Mekanika

Poniższe opowiadanie napisałam pod wpływem chwili, zobaczywszy gdzieś w internecie ogłoszenie o konkursie tuż przed jego zakończeniem. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w podobnym wydarzeniu i aż drżałam z niecierpliwości do skorzystania z okazji do poddania ocenie moich umiejętności – bądź ich ewentualnych braków. Twór mojej pokracznej wyobraźni powstał w niecałe dwa wieczory i przyznaję ze smutkiem, że w pełni zasłużył na zero zainteresowania ze strony jurorów… chociaż wciąż go lubię – również za to, że przypomina mi o tym, nad czym należy popracować.

(więcej…)

Król Artur: Legenda Miecza czyli Guy Richie defekuje na logikę. W swoim stylu

Nie ukrywam, że wiązałam z tym filmem duże nadzieje. Lubię Guya Richiego, lubię jego filmy i podoba mi się charakterystyczny styl, z jakim potrafi nawet pozornie sztampową historię przemienić w niebanalne widowisko. Co prawda konwencja dynamicznego kina rozrabiarskiego nie bardzo komponowała się w moim odczuciu z legendami arturiańskimi, ale nakoksowany zwiastun rozwiał moje obawy. Spoko efekty, myślałam sobie, epicka muzyka, psychopatyczny Jude Law – no kurczę, to nie może nie wyjść.

…No i nie wyszło.

7606093ac8e0bf8c9ccea92ca1837a460b9f07f70db5c12c96152a43d4dd8f07

Rozczarowałam się, bo oczekiwałam kawała dobrej zabawy, może głupot nie z tej ziemi w stylu Bogów Egiptu (rany, jak ja kocham ten film), a zamiast tego byłam walona po twarzy cringem za cringem.

Samą fabułę zna każdy – zepchnięty na margines Artur dobywa miecza ze skały i wyrzuca z tronu złego króla, może zachachmęci w międzyczasie jakąś dzikuskę, a na pewno skompletuje drużynę tyleż osobliwą, niepokorną i zwariowaną, co niepokonaną – wiadomo, siła przyjaźni i te sprawy. W tym przypadku nie było inaczej z tą różnicą, że ostatniemu dziełu Richiego bliżej grze RPG niż do klasycznego obrazu. Cyk cyk, atak na zamek, cyk cyk pojedynek z pierwszym bossem, bla bla bla, jest mały wstęp, cyk pierwszy quest, cyk! drugi quest, David Beckham (wait wat?), coś tam coś tam, jakaś dzielna niezależna laska, żeby feministki się nie doczepiły, konflikt w grupie, coś tam coś tam coś tam, zwątpienie, na wyspie podniesienie skilla o kilka leveli, wygrana, koniec. Wreszcie. Są dynamiczne cięcia, tak znamienne dla stylu reżysera, ale zabrakło niespodziewanych twistów i zabawy kolejnością prezentowanych wydarzeń, przy czym montaż jest szybki i poszatkowany, ale wciąż jakimś cudem film się zwyczajnie ciągnie. Żeby nie było za kolorowo, główny bohater ma koszmary niczym Harry Potter o Voldemorcie, dotykając miecza mdleje, zupełnie jak nastoletni czarodziej na widok dementorów, a ciemnowieczne miasto bardziej niż wioskę amiszów przypomina dzisiejszy Londyn z kącikiem country.

king-arthur-legend-sword-charlie-hunnam

Reklama bielizny czy promocja filmu? Nie wiadomo

Ktoś może powiedzieć – ale co ty się czepiasz nowoczesnej stylistyki, głupia babo ty? Czasy się zmieniają, to i legenda arturiańska została dopasowana pod współczesnego odbiorcę, masz ty rozum i godność człowieka, żeby krytykować Guya jebanego Richiego? Ja na to – powoli powoli przyjacielu, powstrzymajmy pochopne osądy i pomyślmy spokojnie: nowoczesne podejście do tematu jest fantastyczną opcją, ale po co zatem unowocześniać średniowiecze? Przecież te absurdalnie wystylizowane fryzury, Littlefinger z wyżelowanym włosiem, Artur we fryzurze na hitlerjugendowca, skórzane kurteczki i śnieżnobiałe uśmiechy sprawiają, że podczas seansu czułam się, jakbym oglądała jeden z tych przez nikogo nie wyczekiwanych filmów na telewizji Puls bądź inszy epizod niskobudżetowego serialu dla nastolatków. Ktoś może się przyczepić, że czepiam się czarnoskórych w obsadzie – fakt, ostatnim co powinno dziwić w obrazie o gigantycznych wężach i czarnoksiężnikach powinien być ciemniejszy kolor skóry, ale do jasnej anielki, nawet obecność Murzyna (to nie jest ofensywne słowo!) w średniowiecznej osadzie można wytłumaczyć w sposób, który nie napręży bicepsa narodowca – całkiem zgrabnie wyszło to w Robin Hoodzie z Kevinem Costnerem, kiedy reżyser zgrabnie usprawiedliwił obecność Morgana Freemana jako towarzysza głównego bohatera. Ale czarny Tristan, legendarny kompan Artura Pendragona o manierze i bujaniu w stylu wyrostka z londyńskiego Peckhamu, to już trochę za dużo, nawet dla mnie. Gdyby dostosować temat do naszych czasów, należałoby pójść po bandzie i przenieść akcję do współczesnego Londynu, Artur mógłby być wyklętym następcą tronu i wyrzucić z Downing Street wiedźmę w osobie Theresy May, albo jeszcze lepiej, rozgromić ryżego czarnoksiężnika zza oceanu ( ͡° ͜ʖ ͡°). Brzmi absurdalnie? Z pewnością, ale i tak mniej absurdalnie niż ten film, który rozczarował mnie bardziej, niż numerki na mojej wadze po trzech miesiącach zarzynania się bieganiem.

Sam Artur odgrywany przez Charliego Hunnnama to najbardziej irytujący król Artur, jakiego można sobie wyobrazić, poziomem zadufania i patetyczności przebijający nawet Clive Owena z pamiętnej adaptacji z 2004 roku. Miało być cwaniakowato i zawadiacko, ale Charlie z jego cockneyowskim akcentem chyba nie wyszedł do końca z roli Pete’a z Green Street Hooligans, przez co momenty, w których stara się wejść w poważniejsze tony wypadają po prostu śmiesznie. Uu-u patrzcie na mnie, jestem poważny i smutny, mam twarz jak głaz dręczony przez zatwardzenie, wielki WUNŻ! szalejący po zamczysku nie robi na mnie wrażenia, może dlatego, że cgi było tanie, bo większość budżetu poszło na gażę dla Jude Lawa, co mi tam, zbajeruję tą autystyczną laskę, zdejmne koszulkę i nikt się nie oprze hehehe o kurde oparła się (ʘᗩʘ). Nie wiem, co poszło nie tak, bowiem nie uważam go za złego aktora, w sumie nawet dobrze (jak na świńskiego blondyna) wygląda, choć możliwe, że jego postać miała być w zamierzeniu bucem i w ten sposób poprowadzona przez reżysera, bo choćby taki Jude Law, mimo tak obiecującej roli villaina wypada mdło, jego motywacje zostały niejasno przedstawione, a ogólny potencjał zmarnowany.

Pozytywy? Muzyka naprawdę wpada w ucho i komponuje się z tym, co widzimy na ekranie, a stroje kitowców żołnierzy króla robią wrażenie, są takie EEEDGY, niemal jak z porno fantazji nastoletniej fanki mhrocznych powieści fantasy i my chemical romance. Czy to wystarczy, żeby wydać pieniądze na bilet, ewentualnie dvd po jakimś czasie? Na to każdy musi odpowiedzieć sobie sam – w końcu powyższa opinia to tylko pojedyncze zdanie jakiejś dziwnej laski z internetu i często żeby wyrobić sobie własny pogląd, trzeba przekonać się o tym osobiście.

Ale Davida Beckhama to się nie spodziewałam. 
Serio, najlepszy element filmu, zaraz obok Jude Lawa cosplayującego Barloga.
Chociaż niektórzy uważają, że cameo piłkarza to jak wpuścić Elmo na plan Aliena. 

Ale i tak mi się podobało.

Rewolucja islamska oczami dziecka

Reżim zrozumiał, że ktoś, kto wychodzi z domu i zastanawia się „Czy moje spodnie są dość długie?” „Czy chustka jest na swoim miejscu?” nie zastanawia się już „Gdzie podziała się swoboda myślenia?” „Co dzieje się w więzieniach politycznych?

Marjane Satrapi

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 03.07.2017 181621.png

Wyobraźmy sobie, że na powrót masz jedenaście lat, jesteś dziewczynką i prowadzisz beztroskie życie w jednym z większych polskich miast. Mieszkasz w kraju, w którym dominującą religią jest chrześcijaństwo – nie bardzo rozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi i choć nużą cię coniedzielne wizyty w kościele, to samą komunię świętą uznajesz za całkiem dobry pomysł, a rower od ciotki chrzestnej służy ci do dziś. Z początku nie dostrzegasz zmian, jakie dokonują się w twoim otoczeniu poza tymi najbliższymi – rodzice coraz częściej dyskutują głośno za zamkniętymi drzwiami, gadające głowy w telewizji podnoszą głos i wygłaszają groźby w niewiadomym kierunku, atmosfera zauważalnie gęstnieje. Ciężar zmian dociera do ciebie dopiero wtedy, kiedy wkraczają one do twojego prywatnego życia, depcząc intymność i nazywając potwornym wszystko, co do tej pory sprawiało ci radość.

Przedstawiona sytuacja jest oczywiście niemożliwa w naszym wschodnio europejskim kraju, jednak miała miejsce w ojczyźnie twórczyni serii komiksów, na której kanwie powstała francuska animacja traktująca o irańskim przewrocie religijnym. Przewrót i jego skutki są ukazywane nam oczami dziecka, nastolatki, a wreszcie młodej kobiety, wydarzenia tym bardziej poruszające, że oparte na jej prawdziwych doświadczeniach.

Akcja rozpoczyna się w końcówce lat siedemdziesiątych, kiedy krajem wstrząsają protesty – ludność domaga się zniesienia władzy Szacha, w kraju trwa stan wojenny. Główna bohaterka, dziewczynka imieniem Marjane, jest dzieckiem, z którym może utożsamiać się dziecko z innego dowolnego kraju – niepokorna i rozrabiarska, żywo dyskutuje z rodzicami na temat dokonującej się rewolucji, nie rozumiejąc z niej nic. Przynajmniej do momentu, kiedy jest zmuszona do noszenia chusty, a ukochanej muzyki rockowej musi słuchać w ukryciu. Powaga sytucji dociera do niej dopiero wtedy, kiedy rodzice informują ją o śmierci ukochanego wuja, zamordowanego za odmienne poglądy polityczne – chcąc uniknąć utraty córki, ci wysyłają ją na studia do Francji, gdzie naszą bohaterkę uderza kontrast między radykalizujacym się Iranem a liberalnym społeczeństwem europejskim. Uderza ją także fakt, jak mało Francuzi wiedzą o jej ojczyźnie i jak łatwo jest uznawać wszystkich Persów za radykałów, podczas gdy duża część z nich ma poglądy odmienne od tych powszechnie lobbowanych. To na obczyźnie Marji przeżywa pierwsze fascynacje, rozczarowania i zawody miłosne, do tego nie opuszcza jej tęsknota za domem. Kiedy w końcu do niego wraca, nie poznaje miejsca, w którym się wychowała – imprezy ze znajomymi przerywają naloty uzbrojonej w karabiny obyczajówki, służbiści tej samej frakcji zaglądają do samochodu i karcą za wspólną jazdę kobiety i mężczyzny nie będących małżeństwem – ta sytuacja okazała się być jednym z powodów, który pchnął Marjane do zamążpójścia.

Zaskakuje reakcja matki (fantastyczny dubbing Catherine Deneuve) głównej bohaterki, oczekującej od córki większych niż małżeństwo w młodym wieku ambicji. Przedstawiony w animacji obraz kobiety znacznie odstaje od tego prezentowanego nam przed islamskie media: według nich muzułmańska kobieta ma być skromna i posłuszna, pokornie służąca mężowi i zajmująca się domem, daleka od aktywności zawodowej i zakrywająca wdzięki pod czadorem. Francuska animacja pokazuje, że pod powłóczystymi szatami kryją się inteligentne i ambitne kobiety, których charyzmy i siły nie jest w stanie zakryć najczarniejsza chusta. Tym bardziej dotkliwy wydaje się sposób, w jaki kobiety te są traktowane przez mężczyzn – scena, w której jeden z wyznawców obcesowo każe matce Marjane poprawić chustę i odprawiony wrzeszczy:

 Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 03.07.2017 182356.bmp.jpg

…mówi wiele o stosunku do przeciwnej płci, a to tylko kropla w morzu przykładów pokrętnej logiki. W kraju rządząnym w ramach prawa szariatu nie skazuje się na śmierć kobiet, gdy te są dziewicami, więc jeden ze strażników ma obowiązek ożenku z więźniarką, wykorzystania jej i tym samym pozbawienia ostatniej ochrony dzielącej ją od rozstrzelania. Taki los spotkał rówieśniczkę Marji i w strachu przed podobnym bądź gorszym losem, po którymś z kolei powrocie do ojczyzny, rodzice zabronili jej powrotu.

To wyjątkowo animacja, tak odmienna od innych serwowanych nam hurtowo w kinach – różni się nie tylko treścią, odstaje również nasyceniem kolorów – tylko pięć procent scen jest ukazana w kolorze, pozostawiając wspomnienia czarno białe. Sama autorka powieści graficznej niejednokrotnie podkreślała, że jednym z jej zamierzeń było ukazanie światu niejednolitość Iranu i jego mieszkańców, na których składają się nie tylko radykaliści utożsamiani z terroryzmem, ale zwyczajni ludzie, dla których religia wciąż pozostaje sposobem na kontakt z Bogiem, nie środkiem na zdobycie wpływów politycznych.

Władze Iranu nie przyjęły tego punktu widzenia i film został zakazany, uznany za antyislamski i propagujący islamofobię. Na szczęście na zgniłym Zachodzie nie mamy tego rodzaju problemów i jego dystrybucja nie jest w żaden sposób zakazana – film jest dostępny w internecie i zachęcam do zapoznania się z jego treścią. Z treścią czarno białej animacji o barwnych ludziach.

Co za dzień, co za dzień!

Wczoraj po południu dowiedziałam się, że przeszłam wstępny etap rekrutacji online i jestem zaproszona na interview następnego dnia, to jest dzisiaj o godzinie pierwszej angielskiego czasu. Fajnie, że się odezwali akurat wtedy, kiedy zaczynałam zapominać o mojej aplikacji, z drugiej strony bardzo ładnie, że uprzedzili mnie o dacie przesłuchania dzień wcześniej – poprzednim razem telefon złapał mnie, kiedy wyrywałam dziecku z chciwych łapek dywanik łazienkowy (dla dzika wszystko, co jest puchate i nie spierdziela stanowi wspaniały materiał na futrzastego przyjaciela) i zostałam grzecznie poinformowana, że mam godzinę czasu na dotarcie na miejsce.

Tym razem byłam w nieco lepszej sytuacji, ale żeby za łatwo nie było uświadomiłam sobie, że nie mam co na siebie włożyć, sytuacja tyleż klasyczna co patowa. Zerwaliśmy się z rana i podjechaliśmy do malla po to tylko, żeby zmarnować dwie godziny i zamiast nowej garsonki wyjść z gaciami obciskowymi, skarpetkami dla młodego, okularami słonecznymi dla mnie (które przestały mi się podobać w momencie przyjrzenia się w domowym lustrze, wiecie, oksy typu czak noris wyglądają dobrze tylko na czaku norisie) i dwoma piżamami na opijanie ewentualnej porażki przy butelce taniego merlota.

unnamed

Kij z garsonką, nieczęsto trafia się taki okaz!

W centrum handlowym nie znalazłam niczego, co zaspokoiłoby moje dziwne gusta i jednocześnie nadawało się na tak oficjalną okazję i po namyśle w ruch poszedł staroć, który okazał się lepszy niż wszystko, co do tej pory oglądałam w sklepach. Swoją drogą, muszę poważnie przemyślać zawartość własnej garderoby, bo w sklepie z bielizną pewna uprzejma pani pomyliła mnie ze sprzedawczynią – początkowo myślałam, że tak tylko pyta o dostępność przymierzalni, bo byłam blisko, ale moje wątpliwości rozwiało pytanie o ofertę biustonosza w rozmiarze 38C.

Ale ja tu nie pracuję…

Oh!

A mogłam jej coś doradzić, po wszystkim pomyślała wredna część mojej natury. Chciałabym widzieć miny czarnoskórej obsługi podczas przyjmowania skargi na niekompetentną blondynę (ʘ‿ʘ).

Jakby mało było niekomfortowych sytuacji, tuż przed naszym wyjściem z domu młody stęknął, kwęknął i już wiedziałam, że dokonano zrzutu toksycznego ładunku. Godzina 12.42, osiemnaście minut do dotarcia na czas, a tu przyszło mi ogarniać bombisko biologiczne, jedną ręką ogarniając piekło, drugą przytrzymując telefon i prosząc męża, żeby zaparkował przy wyjściu.

Potem przyszło mi dziwić się własnemu pośpiechowi, kiedy kazano mi czekać na przesłuchującego dobrą godzinę, do tego w pomieszczeniu, które miało wielkie weneckie lustro rozciągnięte naprzeciw mojego siedzenia i bałam się podrapać po głowie w obawie przed kimś, kto może przypadkowo mnie zobaczyć. Sama rozmowa trwała krótko, a Wielki Szef zdawał się poświęcać więcej uwagi własnej osobie i jego pasji do krykieta, a kiedy skończył ze mną, czułam się jak prześcieradło przepuszczone przez magiel: trzymałam fason, ale byłam sztywna jak kij od miotły. Odpowiedź mejlem do dwóch tygodni, aż strach wchodzić na pocztę.

Rany, matura przy wyzwaniach dorosłego życia to pryszcz, więcej, wszystkie sesje na studiach nie dały mi tyle w kość, co przesłuchania o pracę w obcym kraju. Nic to, idę wdziać moją koszulę w krowy i czynić swoją powinność.

Nienawidzę wychodzić ze strefy komfortu.

Dostrzec kolory Raju

Dzisiaj będzie o kawałeczku irańskiej twórczości filmowej. Nie uważam się za szczególną ekspertkę w temacie tego kina, ale im więcej Irańczyków spotykam na swojej drodze, tym większą mam ochotę poznawać kulturę tego kraju, w którym życie potrafi wyglądać zupełnie inaczej, niż w naszych europejskich wyobrażeniach. Kraju, w którym ceny mieszkań potrafią osiągać londyńskie ceny, a alkohol pije się w ukryciu, podczas gdy na zewnątrz brodaty patrol obyczajówki karci dziewczynkę za chustę odsłaniającą pasmo włosów.

kolory_raju

Film o którym mowa, to Kolory Raju w reżyserii Majida Majida (tak jakby kogoś dziwił Tomasz Tomaszewski), nominowanego do Oscara za Dzieci Niebios. To obraz oszczędny w wyrazie, mimo to bardzo wymowny. Głównym bohaterem jest niewidomy chłopiec, którego ojciec chce zostawić w teherańskiej szkole dla jemu podobnych, do czego, jak mu się wydaje, zmusza go sytuacja – owdowiały, w niepełnosprawnym dziecku widzi przeszkodę w ułożeniu sobie życia na nowo. Wbrew jego oczekiwaniom, prośba zostaje odrzucona i obaj, ojciec i syn, rozpoczynają żmudną wędrówkę do domu, po czym mężczyzna podejmuje decyzję o oddaniu dziecka pod opiekę niewidomemu rzemieślnikowi.

Rzecz, która zachwyciła mnie w tym filmie to nie dialogi, kostiumy czy muzyka, ale zdjęcia – obraz irańskiej wsi jest tak naturalistyczny i wyraźny, że widz jest w stanie poczuć ciepły wiatr na twarzy, a jego nozdrzy dobiegnie zapach polnych kwiatów. Chłopiec, choć niewidomy, zdaje się pochłaniać wszystkimi zmysłami otaczające go środowisko i w swojej niewinności dostrzega w nim ukryte piękno, choć rzeczywistość ubogiej osady jest daleka od bajkowej. Zachwyca gra aktorska Mohsena Ramezaniego, odtwórcy Mohammada, faktycznie obdarzonego tą niepełnosprawnością, grającym w sposób naturalny i niewymuszony, nie dając wyczuć widzowi grama fałszu w zaprezentowanej kreacji. Jego postać jest ciekawa świata, przyjazna i pozbawiona żalu, którego odczuwanie byłoby całkowicie usprawiedliwione, na równi z rozczarowaniem. Na uwagę zasługuje sposób, w jaki przedstawiono relację łączącą chłopca z babcią – tylko oni są w stanie dostrzec w sobie prawdziwe piękno, piękno, które nieświadomy własnych uczuć ojciec dostrzeże dopiero w ostatniej scenie. Ta jest wyjątkowo poruszająca i choć po raz pierwszy widziałam ją dobre dziesięć lat temu, wciąż pozostaje żywa w mojej wyobraźni.

Ponadto uważam, że postać ojca, odgrywana przez Hosseina Mahjouba, mimo pozornej szorstkości nie jest bohaterem negatywnym, choć faktycznie, jego postępowanie w pierwszych aktach wyraźnie na to wskazuje. Jego tragiczna historia i rozpaczliwa próba ułożenia życia na nowo bladnie w połączeniu ze wspomnianą ostatnią sceną, obnażającą prawdziwe uczucia, jakie żywi do syna. Tragizm tej postaci dostrzeżemy wtedy, kiedy rozbrzmieje ostatni akt, choć wtedy może okazać się zbyt późno na osądy.

Polecam ten film wszystkim znużonym pompatycznym kinem Zachodu i ludziom szukającym świeżości i prostoty w kinie – bo to właśnie prostota często okazuje się najmocniejszym środkiem wyrazu. Polecam także tym, dla których kino Bliskiego Wschodu zamyka się na Bollywoodzie, roztańczonych indyjskich produkcjach o realiźmie i subtelności na poziomie Transformersów, z posępnymi wąsatymi panami i rozśpiewanych damach o sarnich spojrzeniach. Mimo premiery mającej miejsce blisko dwadzieścia lat temu (rok wydania ‘99), Kolory Raju nadal pozostają aktualne. Próżno szukać tu terrorystów, nawet wpływ Chomeiniego, krwawego rewolucjonisty religijnego, zdaje się pozostawać poza granicami wioski – zamiast tego mamy ludzi żyjących własnym niespiesznym tempem, zmagających się z troskami dnia codziennego, odczuwających ból, rozpacz oraz mających śmiałość patrzeć z nadzieją w przyszłość.

Ludzi takich jak my.

Roztuptany pasek

Jak wspominałam w jednym z fejsbukowych postów, ostatnio stanęłam na wadze i doznałam wstrząsu tak głębokiego, że postanowiłam przeprosić się z moimi tenisówkami z matalana za piętnaście funtów i powrócić na szlak.


bieganie.png


Nie ma co się oszukiwać, biegaczką jestem wybitnie marną. Biegam sama, bo zwyczajnie nie ma takiej osoby na świecie, która zrównałaby się z moim porywisto-żółwim tempem, na domiar złego moja kostka czasem płata mi figle i przekręca się w najmniej odpowiednich momentach – trochę głupio byłoby mi dawać się komuś oglądać jak padam z rozpędu do rowu, klnąc jak szewc na stonogę. Do tego nie buszuję po płaskim, ale na wzgórzach, przez pierwsze tygodnie wypluwałam płuca zanim wczołgałam się na szczyt i zamiast prezentować się jak powabna biegaczka z typowego zdjęcia w internecie, bliżej mi do pomidora na trzęsących się nogach.

Z bieganiem u mnie było tak, że na studiach uwielbiałam biegać. Na przełomie drugiego i trzeciego roku zaliczyłam spektakularny spadek wagi, biegając o dwudziestej drugiej z moim psem, daleko za ostatnimi budynkami mieszkalnymi, wśród świerszczy i dzików od czasu do czasu przecinających drogę. Do teraz uważam, że nie ma lepszego towarzystwa w tej rozrywce niż pies – mój zawsze trzymał moje ślamazarne tempo bezbłędnie, nawet bez smyczy – owczarki niemieckie chwytają wszystko w mig i są wspaniałymi towarzyszami, może dlatego, że nie potrafią mówić. Teraz, kiedy jestem na swoim, psa zastąpił kot, a wiadomo, że kot nadaje się do wspólnego biegania tak jak Ania Lewandowska do reklamowania tanich obiadów dla studentów – chyba, że wsadzi się futrzaka do plecaka, ale to opcja z tych mniej wygodnych. Do tego przyznaję, że ciąża ostro mnie przetyrała – przez pierwsze miesiące po cesarce i przy babrzącej się bliźnie, mój wysiłek fizyczny był znikomy i nie ma co ukrywać, za mało to ja wcale nie jadłam i zazwyczaj przed snem, kiedy mąż znosił mi jakiegoś fastfooda – on przejmował dziecko, a ja w końcu miałam czas na nadrobienie obiadu. Nie mam pojęcia, jak fit blogerki to robią, że chwalą się płaskim brzuchem i powrotem na siłownię w sześć (SZEŚĆ!!!) tygodni po cesarce – to nie są ludzie, to są jacyś nadludzie. Też tak chcę 😦 Będąc bombardowana ze wszystkich stron wizerunkami idealnych mamusiek czułam się jak leniwe krówsko – patrzcie ją, świętą krowę, zszyli jej flaczki dobry miesiąc temu, a ta ciągle kwili i się użala nad sobą, zamiast wycisnąć osiemdziesiąt kilo na sztandze. Wstyd! #PoczucieWinyTakBardzo. Teraz nadrabiam stracone miesiące, pożegnałam się z jedzeniem po siedemnastej, baj baj ociekający majonezem i wypchany panierowanym kurczaczkiem wrapiku z Samsa, żegnajcie nudle z tajskiej knajpy, nie dla mnie zupa thai tom yum i satay chow mein z ananasem. Ostrzegam przed chińszczyzną, niby Azjaci są tacy szczupli i zdrowi, a nam serwują naszpikowane spulchniaczami i wszelakimi emulgatorami akumulatorami żarcie po to by patrzeć z wyższością, jak stacza/toczy się zachodnia cywilizacja. Serio, na szeroko pojmowanej chińszczyćnie można spuchnąć szybciej, niż na diecie złożonej wyłącznie ze snickersów nadziewanych smalcem.

Kiedy ten post się ukazał, ja pewnie jestem w drodze za miasto. W końcu gorsze od biegania może być tylko uczucie, że się nie biegało.

Update: mój mąż co rusz pyta, czy nie przywieźć mi czegoś dobrego po powrocie z pracy, najwyraźniej cwany lis chce mnie utuczyć, żeby nikt więcej mnie nie zechciał. Mężu, nie pomagasz.