Pierwszy rok z dzieckiem

Dziesiątego maja dobiegnie rok, odkąd po raz pierwszy zostałam matką i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że ostatnie dwanaście miesięcy (licząc ostatnie tygodnie ciąży), należały do najgorszych w moim dwudziestopięcioletnim życiu. Matką po raz pierwszy i z pewnością ostatni należy dodać – nie mam pojęcia, jak wielodzietnie mamy to robią, ale żywię do nich duży szacunek, od kiedy dołączyłam do ich grona. Na początku myślałam, że nic gorszego od porodu nie może mnie spotkać, jak się okazało, byłam w dużym błędzie. Już rozumiem rodziców, którzy wcześnie osiwieli – dla mnie każdy krzyk małego potwora to ekspresowy zawał serca. Każdy dzień jest pełen wspaniałych atrakcji – nawet jeśli przetrząśniesz cały budynek i usuniesz wszystkie potencjalne zagrożenia, dzieciak cię zaskoczy i wsadzi palce jednej ręki pod deskę sedesową, a drugą zatrzaśnie klapę od klopa.

Pierwsze dni z niemowlęciem to był koszmar. Nie będę owijać w bawełnę, dla mnie czas połogu wciąż należy do najtraumatyczniejszych przeżyć. Byłam obolała po cesarce, rana mi się paprzyła, mój brzuch wciąż był spulchniony, a stopy miały rozmiar, którego pozazdrościłby mi niedźwiedź brunatny. Jedyne o czym marzyłam, to by móc zagrzebać się pod jednym z moich puszystych kocy oraz kotem (kocur zazwyczaj śpi na mnie) i spędzić w takim stanie najbliższe trzy lata, dopóki młody nie przestanie walić w pieluchy i siać powszechny terror. Na domiar złego, w Anglii jest zwyczaj, że położna (midwife) odwiedza cesarzową po porodzie przez pierwszych kilka tygodni i do stresu o dziecko dochodziły absurdalne obawy, że babka dopatrzy się w nas psychopatów skrzyżowanych z patologicznymi bałaganiarzami i odbiorą nam dzidziusia, bo w jej oczach okażemy się niegodnymi bycia rodzicami. To była dla mnie skrajnie niekomfortowa sytuacja, wizyty zupełnie obcej osoby w naszym domu początkowo odczuwałam dość personalnie, jako zakłócanie naszych intymnych chwil z dzieckiem, zupełnie niepotrzebnie. Żeby było łatwiej, wizyty zwykle były umawiane na nieludzko wczesne godziny i co rusz zrywaliśmy się na równe nogi, coby ogarnąć domowe pielesze, upewnić się, że w łóżeczku dziecka nie ma potencjalnie niebezpiecznych przedmiotów, a mąż jest ogolony i nie wygląda jak psychopata z oczami przekrwionymi od zarwanych nocy. Swoją drogą ten okazał się nieoceniony, przez pierwsze dni wyręczając mnie praktycznie we wszystkim, podczas kiedy ja kwiliłam pod nosem i usiłowałam wykulać się z barłogu. Obawy przed midwife okazały się płonne i okazała się ona sympatyczną panią po czterdziestce, której porady okazały się naprawdę przydatne, zwłaszcza uwaga dotycząca higieny małego – że nie do końca niezbędne jest używanie przegotowanej wody do zmiany pieluszki.

ale-kupa-co-masz-w-pieluszce-b-iext43459279

Nie karmiłam naturalnie, z prozaicznej przyczyny – nie mogłam. Do teraz mnie boli jak sobie przypomnę, jak pielęgniarki usilnie maltretowały moje sutki (zdaje sobie sprawę, jak groteskowo to brzmi, przepraszam), żeby coś z nich wycisnąć, ale na próżno – nie mogłam dać pokarmu dziecku. Może indukcja porodu miała na to wpływ i ilość chemii, jaką we mnie wpakowano, a może po prostu taki już mój urok, kto tam wie. W oczach radykalnych Matek Polek mogę nie uchodzić za prawdziwą mamusię, ale jestem w stanie to przeboleć. Miałam podłączyć się pod krowią dojarkę, czy co? Mój syn ma się nieźle i zaryzykuję stwierdzenie, że na dobre mi to wyszło, zresztą mojemu biustowi też. Sprowadziło się to tego, że nie musiałam karmić małego osobiście i w nocy to mój mąż przygotowuje pićku, właściwie do teraz.

Nawet gdy tata miał nocną wartę przy dzieciaczku, to każda noc była pozbawiona porządnej dawki snu. Co rusz wstawałam, żeby sprawdzić, czy oddycha (jak nad tym pomyśleć, to nadal tak robię), a kiedy już udało mi się przysnąć, to ze snu wyrywał mnie pterodaktyli wrzask oznaczający:

  • nakarm mnie
  • nie karm mnie
  • pomasuj brzuszek
  • nie dotykaj brzuszka
  • poprzytulaj mnie chwilę
  • nie ruszaj mnie babo
  • pochodź ze mną na rękach przez bite półtorej godziny, dopóki nie ucichnę, a kot  nie wskoczy na grającego małpiszona i zabawa rozpocznie się na nowo

Serio, przy takich codziennych treningach silnej woli, zmiany pieluch były w tym wszystkim najłatwiejsze, kiedy już opanowało się lęk przez zepsuciem dziecka pojedynczym dotknięciem. I o dziwo, pierwsze finalne produkty przemiany materii wcale tak źle nie cuchną, przynajmniej dopóki podstawą diety jest mleko. Prawdziwy fetor zaczyna się przy wdrożeniu kurczaka bądź ryby – rany boskie, co to jest za smród! Ser pleśniowy i skarpety mojego byłego razem wzięte to przy tym Oh Lola! od Marca Jacobsa (moje ulubione perfumy, polecam serdecznie). Razem z cuchnącym kupami skończyły się kolki, a zaczęło kolejne utrapienie, z którym walczymy do dziś: ząbkowanie. Pierwsze trzy miesiące są najgorsze, mówili nam. Taaa, dopiero jak toto zaczęło pełzać i przewracać dom do góry nogami okazało się, że najgorsze dopiero się zaczyna. Ostatnią zabawą mojej jedenasto i półmiesięcznej latorośli jest wsadzanie różnych przedmiotów w różne dziwne miejsca. Smoczek w sedesie to pikuś, wydra jest taka cwana, że potrafi rozbroić kosz na śmieci i zapełnić go wszystkim, tylko nie śmieciami. Ostatnio szukałam telefonu i tylko szczęśliwe zrządzenie losu sprawiło, że zajrzałam do śmietnika pod przewijakiem, żeby potem czyścić sprzęt z kłębków waty i banana.

Mąż planuje kolejne dziecko (jakby kot nie liczył się jako rodzeństwo). Osobiście jestem jak najbardziej za, więcej, uważam ten pomysł za naprawdę wspaniały – pod warunkiem, że tym razem on zachodzi w ciążę.

Śmierć, niepełnosprawność i inne zabawy na facebooku

Do nagryzmolenia tego zwięzłego postu skłoniło mnie samo życie, a ściślej rzecz ujmując, jego nieodłączny element – śmierć. Jak się okazuje, internetowy portal z niebieską literką potrafi odrzeć z szacunku i jakiekolwiek wyczucia nawet tak intymne wydarzenie, jakim jest zgon człowieka. Zasada jest prosta: im bardziej człowiek był popularny, tym większa jest ilość osób zdolnych poświęcić swoje najlepsze selfie ku jego pamięci.

       Cmentarz pełen jest ludzi niezastąpionych

Georges Clemenceau

Czasem zastanawiam się, czy niektórzy z tych ludzi stawiających wirtualne znicze na tablicy zmarłego, wiedzą więcej o życiu pozagrobowym niż Jezus i Brooke z Mody na Sukces razem wzięci, czy naprawdę są tak głupi żeby wierzyć, iż ktoś po drugiej stronie jest w stanie podłączyć się do sieci i odczytać posty na swoim profilu? Już to sobie wyobrażam: z pewnością pierwszą rzeczą, jaka interesuje ludzi po śmierci nie jest decyzja piekło-niebo-czyściec-Włocławek, tylko kto i jak podsumował swoją rozpacz w internecie, do tego stopnia jesteśmy uzależnieni od internetu. Rozumiem, że strata bliskich to traumatyczne przeżycie, każdy na którymś etapie życia musi to przejść. Jestem również w stanie pojąć, że na skutek nagłych wydarzeń psychika płata figle i utracie ulegają podstawowe zdolności poznawcze, ale do cholery, po co adresować kondolencje w typie „niech pan spoczywa w pokoju” w miejscu, gdzie szanse na odczytanie wiadomości przez adresata są mniej niż zerowe? Ostatnią ofiarą tego niepokojącego trendu był pewien aktor starszego pokolenia, którego większość kojarzyła tylko dlatego, że miał epizodyczną rolę w serialu nadawanym o najkorzystniejszym czasie antenowym. Nie zdążono jeszcze dopełnić formalności w zakładzie pogrzebowym, a już portale rozćwierkały się gwiazdami piejącymi pochwalne peany, koniecznie opatrzonych najkorzystniejszymi zdjęciami z wyżej wymienionym i jednocześnie ze zrozumiałych powodów najmniej zainteresowanym. Po raz kolejny szczyt głupoty pobiła Anna Mucha (taka aktorka reklamowa, która ostatnią dobrą rolę miała dwadzieścia cztery lata temu w Liście Schindlera), umieszczając publicznie zdjęcie uwieczniające ekipę filmową podczas minuty ciszy. Super wyczucie babciu, ale chyba było warto, bo kilka tysięcy serduszek na insta wpadło.

180571idiokracja1_n.png

Każda okazja jest dobra do rozruszania gasnącej popularności na profilu, a śmierć jest tylko jednym z wielu dostępnych środków. Jakiś czas temu głośno było w mediach o jednej z wielu akcji, które zwykle gasną po dwóch tygodniach i nie zmieniają niczego poza wywołaniem chwilowego poczucia, że zrobiło się w życiu coś dobrego. I co ładnie wygląda na profilu, bo raz na jakis czas trzeba wrzucić coś, co nie jest piętnastym z kolei selfie w takiej samej pozie, a chwilowo nie ma wystarczająco zagłodzonych piesków do udostępnienia na stronach charytatywnych. Już osoby tej samej płci paradowały ze sobą za ręce w ramach poparcia ludzi ze środowiska LGBT, nakladano filtry w kolorach flagi kraju obdarzonego multikulti atakiem terrorystycznym bądź publikowano nazwy owoców na fejsie, ostatnio zaś rysowano proste krestki na dłoniach na znak solidarności z osobami dotkniętymi Zespołem Downa. Bardzo ładna inicjatywa, ale czy nie lepiej po prostu wspomóc namacalnie, choćby słowem czy chwilą towarzystwa, niż prezentować tego rodzaju zdjęcia, by w dwa dni po publikacji zapomnieć o problemie? Czy ktoś w ogóle pamięta, co leżało u źródła ice bucket challange? Ten trend wdarł się szturmem na polskiego fejsa, zmuszając tysiące lemingów do wylewania na siebie wiader lodowatej wody, z których większość nie miała pojęcia po co to robi, pojęcie stwardnienia zanikowego bocznego utożsamiając prędzej z nazwą egzotycznego drinka niż śmiertelną chorobą. Ile z członków tej bezmyślnej masy wpłaciło jakąkolwiek kwotę na rzecz walki z ALS? Wyolbrzymiając i czepiając się dalej, czy zyski uzyskane w ten sposób zrekompensowały zmarnowane hektolitry wody?

Żeby było jasne, uważam akcje społeczne za całkiem w porządku, dopóki nie przekracza się granic zdrowego rozsądku i dopóty działanie ma odzwierciedlenie w namacalnych efektach. Ponadto czasem się okazuje, że podobne działania mają rzeczywiste przełożenie na zyski i rozpowszechnienie wiedzy oraz szeroko pojmowaną świadomość społeczną, więc dlaczego nie skorzystać w tym celu z najbardziej popularnego środka komunikacji jakimi są media społecznościowe? Wszystko ma swoje dobre i złe strony, jeśli nawet tylko jedna osoba miałaby zostać uratowana poprzez tego typu inicjatywy, to można uznać ją za udaną, bez względu na to, jak pozornie idiotyczna by się ona nie wydawała. Co mnie w tym wszystkim przeraża, to rosnące poczucie, że pomaganie liczy się tylko wtedy, kiedy wszyscy mają szansę się o tym dowiedzieć, najlepiej zamieszczając obszerną foto relację z wydarzenia. Czy dobry czyn popełniony tylko ze względu na świadków może być nazywany dobrym? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Te pościgi, te wybuchy – Szybcy i Wściekli 8

Długo wzbraniałam się przed wyjściem do kina na ostatnią odsłonę kultowej już serii Fast&Furious. Miałam w pamięci pierwsze części, które gdzieś po drodze ewoulowały w napakowane testosteronem i niedorzecznościami grawitacyjnymi akcyjniaki, kiedy bohaterowie zamienili samochody na broń palną. Przyznaję, że kręciłam nosem na ten wypad – wychodzę z założenia, że jeśli mam przeznaczyć swoje ciężko zarobione pieniądze na bezsensowną rozrywkę, niech to będzie coś, co nie zrobi mi z mógu budyniu. Nawet opinie fanów były skrajne – nietrudno napotkać w internecie na teksty, jakoby tylko istoty o ilorazie inteligencji poniżej 70iq mogą w pełni docenić to arcydzieło.

72574123389481e9f3ef8b37884f0321

I poniekąd te osoby mają rację… ale osobiście dawno nie bawiłam się tak dobrze, niekoniecznie z tego powodu, że uznaję tę część za arcydzieło w swoim gatunku, tylko dlatego, że od czasów Sharknado i Morderczej Opony nie miałam do czynienia z tak niedorzecznym kinem akcji.

The Fate and Furious formą nie odbiega od poprzednich odsłon – fani wyścigów samochodowych mogą poczuć się zawiedzieni, ci dla których seria nabrała sensu po dajmy na to, czwartym epizodzie, wyjdą z kina zadowoleni. Jedyne, co trzeba uczynić przed seansem by w pełni cieszyć się jego treścią, to odwiesić na czas trwania poczucie realizmu, logiczne rozumowanie i  wszystko, co Newton powiedział o przyciąganiu ziemskim.

Fabuła jest równie skomplikowana, co warszawska linia metra – dobrzy walczą ze złymi z tą różnicą, że teraz role zdają się być pozornie odwrócone. O tak, to tego rodzaju film, jeśli ktoś nie jest w stanie przewidzieć fabuły po pierwszych dwudziestu sekundach zwiastunu, to znaczy, że miał lobotomię, albo jest członkiem Komitetu Obrony Demokracji. O matko bosko, Dom odwraca się od rodziny i staje się kryminalistą! To niemożliwe, czyżby ten dobry, szlachetny mężczyzna na dobre odwrócił się od jasnej strony mocy? Nigdy nie przestaną zadziwiać mnie aktorskie zdolności Vina Diesela ­- nawet jak próbuje być poważny, oddać posępny nastrój chwili, to jest tak pełen wyrazu, jak drewniana komoda. Ponadto do drużyny dołącza były antagonista Deckard Shaw – w tej roli niezastąpiony Jason Statham, który autoparodię opanował do perfekcji, a chemia między nim a Rockiem (swoją drogą przeistaczającego się powoli w tego kamiennego golema z Fantastic Four) to jeden z najjaśniejszych punktów tej produkcji.

Trochę rozczarowała mnie Charlize Theron, w zapowiedziach przedstawiona nam jako główna villainka, w rzeczywistości odniosłam wrażenie, że powinno jej być trochę więcej w filmie jak na kogoś, kto jest przyczyną całego ambarasu. Przełomowa rola zimnej suczej blondynki w służbie zła, na pewno niczego takiego wcześniej nie widzieliście, tak jak głupkowatego czarnoskórego krejzola bądź twardej fest babki o miękkim serduszku. Kurt Russel wygląda jak posunięty w latach Ray Liotta, z mojej strony czas zainwestować w mocniejsze okulary. Jednak nie zawiodły mnie efekty specjalne z mnogością absurdalnych pomysłów i zastosowań pojazdów mechanicznych: wiele w życiu widziałam, ale pościg auta i łodzi podwodnej to jest kurde klasa.

 Więcej szczegółów nie jestem sobie w stanie przypomnieć, mnogość z tego co widziałam wyparowała mi w pół godziny po wyjściu z kina. Ogółem daję temu filmowi mocne trzy czwarte na osiem metrów kwadratowych, wciąż uważając to dzieło za bardziej realistyczne niż pierwsza lepsza komedia romantyczna pod patronatem TVNu. Polecam serdecznie, kawał dobrej zabawy gwarantowany i o to chyba chodzi w kinie rozrywkowym. To lepsze niż filmowa lobotomia, naprawdę.

Wybrałam się na Logana

logan-2017-poster-2 (1)

…drugi raz. Nahajpowałam się na Star Warsy, a że na Last Jedi trzeba czekać do grudnia, to czas zapełniam sobie filmami z innych fantastycznych uniwersum, które nie wzbudzają we mnie uczucia politowania.

W świecie X-Men od dawna nie było dobrze. Kilkukrotnie reaktywowano te same historie i eksploatowano te same postaci z innymi aktorami w ich rolach i niemal identyczną fabułą w tle, w rezultacie serwując widzom przetrawiony stek, który nawet obsypany świeżym parmezanem wciąż groził rozwolnieniem następnego dnia.

Na pomysł nowego Logana miał wpaść sam Hugh Jackman, będący na ostrym kacu i szykujący się do odejścia na wolverinową emeryturę. Wielki szacunek dla niego, bo jedyne co mnie spotyka po nocy picia, to pół dnia w toalecie. Tym razem wytwórnia Fox dała sobie spokój z przesadną kontrolą tego, co się dzieje za kulisami, co tylko wyszło filmowi na dobre. I po raz kolejny okazało się, że danie wolnej ręki twórcom to krok w dobrym kierunku, o czym przekonaliśmy się po premierze Deadpoola. Przygody Wade’a Wilsona osobiście nie przypadły mi do gustu, ale olbrzymi kasowy sukces świadczy o tym, że w gusta wielu innych trafił idealnie. W KOŃCU po latach prób i błędów, Fox dał sobie spokój z obliczaniem filmu w taki sposób, żeby przyniósł jak najwięcej pieniędzy i chwilowo zawiesił hamowanie ludzi wolących skupić się na tym, czego oczekuje widz, a nie portfel producenta. Za to poskąpił pieniędzy na realizację, jakby nie do końca wierząc w powodzenie, co widać – ale co równocześnie wyszło obrazowi na dobre, kiedy skupiono się na warstwie fabularnej zamiast na efektownych wybuchach, efektach specjalnych i wymyślnych lokacjach – Wolverine 2013 pamiętamy (*).

Wolverine starzeje się i jest co rusz mniej odporny na zranienia. Stracił wszystkich, których kochał i teraz prowadzi odizolowane życie jako kierowca luksusowej limuzyny, mając za jedyne towarzystwo cierpiącego na demencję starczą Charlesa Xawiera i obdarzonego talentem do namierzania mutantów jebanego albinosa Calibana. Na jego drodze pojawia się pewna pielęgniarka, której główny bohater decyduje się po długich i żarliwych namowach pomóc dopiero wtedy, kiedy ta oferuje mu sowitą zapłatę, mającą ułatwić mu kupno jachtu. Jak nietrudno się domyślić, sprawy szybko się komplikują i Logan i przyjaciele wplątują się w sam środek afery – możliwe, że ostatniej w ich karierze.

logan-2017-18852574.png
Logan jest wyraźnie zmęczony życiem

Logan: Wolverine to film niemal ascetyczny w wyrazie, nie stroniący od dynamicznych pojedynków, pozostając jednocześnie niespiesznym w narracji. Senny południowy klimat i pomarańczowo nasycone barwy przywodzą na myśl skojarzenie z To Nie jest Kraj dla Starych Ludzi braci Cohenów – nie oczekujcie od niego kolejnej plastikowej kalki w stylu Avengersów – próżno szukać magicznych deux machina, szczęśliwych zakończeń i niesamowitych zbiegów okoliczności. Świat Logana nie jest utopijną rzeczywistością, w której wszyscy dobrzy bohaterowie ostatecznie mają się nieźle i noszą nienaganne fryzury. Ascetyczny jest również cel głównych bohaterów – nie mamy do czynienia z epickim ratowaniem świata przez niszczycielski promień z nieba czy najeźdźców z kosmosu – główną motywacją jest ocalenie siebie, nic ponadto, a postacie zamiast rozpieprzania całych miast w ferworze walki posuwają się do gróźb, mordów i kradzieży.

Ponadto oszczędzono nam wątku romantycznego, co mnie, cyniczną babę jagę, bardzo ucieszyło. Nie ma nic bardziej rakowego w filmach, niż romanse – i nie chodzi o to, że mam coś przeciwko miłości w kinie – mam problem z bylejakością, z jaką podchodzą do tego tematu twórcy. W Loganie nie uświadczycie biuściastych piękności i mnogości seksualnych podtekstów (patrz Adi jak sie lala wypieła hehe) na zmianę z pikantnymi dialogami. Zamiast tego mamy uczucia głębsze od erotycznej fascynacji: przyjaźń, zdolność do poświęceń i prawdziwe uczucie, skomplikowane i częściej wyrażane czynami niż górnolotnymi słowami.

Wydaje mi się, że sukces Logana nie ma źródła w kategorii R – ta jak się okazuje może być zwodnicza, bo czym się taki dajmy na to Deadpool, z fabułą cienką jak dupa węża, różni od innych blockbusterów poza żartami o masturbacji i seksie analnym? Dobra, już odstawiam swoje osobiste niesnaski i zabieram się za właściwe spostrzeżenia*.

Ciepłe przyjęcie z jakim spotkała się ta adaptacja to niekoniecznie wynik nadanej kategorii, ale fakt, że w końcu widzowie zostali potraktowani jak świadomi fani, a nie jak dotychczas, jako pstrokata masa o inteligencji pierwotniaka. Twórcy kilkukrotnie puszczają do nas oczko, nawiązując do poprzednich części i komiksów, a błyskotliwe dialogi między Loganem a Xawierem to małe majstersztyki. Dafne Keen, odtwórczyni głównej dziecięcej bohaterki naprawdę potrafi grać, a chemia między nią a Loganem jest widocznie zauważalna. Główne zastrzeżenia mam do antagonistów – choć Boyd Holbrook kolejnymi rolami udowadnia, że na dobre powinien zarzucić modeling dla aktorstwa, to postać jego i szalonego doktora nie przedstawiają niczego, czego wcześniej nie widzielibyśmy w kinie. Mimo tych drobnych wad, wciąż uważam ten film za najlepszą komiksową adaptację ostatnich lat i mam tylko nadzieję, że kasowy sukces tej odsłony pozornie niefrasobliwego pierwowzoru wskaże drogę innym twórcom.

Mąż wyciąga mnie na ostatnią odsłonę Fast and Furious 😳. Serio serio, w naszym związku to on jest normalny, a ja jestem kulturalnym snobem. Trzymajcie kciuki.

*Deadpool był chu⚡owy i tyle

Nie jestem dziewczyną z instagrama

Trendy pojawiają się i znikają, zmieniają się jak w kalejdoskopie i z prędkością światła: ani się obejrzysz, a ludzie wokół ciebie ubierają się zupełnie inaczej niż w zeszły piątek, a ty jesteś jedyną osobą, która nie nosi czarnej skajki do białych adidasów.

Mi zajęło całe lata, żeby odciąć się od tego, co inni nazywają modą, a co ja zwykłam nazywać kolejnymi sposobami na wyciąganie hajsu. Bo komu opłacałoby się, gdyby wszyscy ciągle nosili to samo? Otóż ja noszę. Mam kilka par takich samych spodni, sześć marynarek i to na tyle byłoby mojego wyczucia stylu. Niektórzy przez ubiór rozumieją wyrażanie własnego „ja” – widać moje ja jest czarne i puste.

Jednak nie zawsze tak było. Najmroczniejszy okres mojego poszukiwania własnej tożsamości przypadał na okres gimnazjum (tak, jeszcze wtedy istniało i miało się nieźle) i liceum, w którym byłam grubą zezowatą beką, prawie jak wtedy, kiedy byłam w ciąży. Powiadam, nic tak nie kształtuje charakteru jak brzydota. Moje liceum mieściło się w małym miasteczku, a w takich jak powszechnie wiadomo, największą siłę przebicia mają samice o najjaskrawszym upierzeniu. Wpadłam do tego miasteczka dobry rok temu i wiecie co? Niewiele się zmieniło. Powiecie, jeśli ktoś lubi chodzić do solarium i dresy na codzień, to co ci do tego wredna babo? Właśnie, nic mi do tego – więc zacznę od siebie, potem przejdę do ogólnej konkluzji.

Swego czasu nie wiedziałam, jak powinnam się ubierać, żeby dopasować się do reszty, bo nie wiedzieć czemu, bardzo mi zależało na zdaniu innych. Dopasowywałam się do ogółu, niestety do tej jego charakterystycznej części.

Jest specyficzna grupa ludzi (głównie płci żeńskiej) na naszej planecie, która zawsze idzie w ekstremum. Z pewnością już nasze babcie miały w swoim otoczeniu jakieś Jadzie, które zwykły pokazywać większy fragment łydki niż ich przyzwoite koleżanki, ale na szczęście za ich młodości nie było dostępu do internetu, więc siłą rzeczy moja babunia nie była zewsząd bombardowana podobnymi widokami. W czasach mojego liceum wśród fanek manieczek triumfy święciły białe kozaczki, solarium i jaskrawe kolorki – włosy koniecznie czorne jak węgiel, jak blond, to tylko żarówiasty, albo pasiasty balejaż bądź borsuk – z dołu czarno, na górze żółto. Osobiście przeszłam przez wszystkie możliwe stany owłosienia, od granatowej czerni przez uwodzicielskie burgundy po blond pasemka, które zaskakująco szybko mnie znudziły i które próbowałam zamaskować czarnym szamponem koloryzującym, w efekcie czego utleniacz zareagował z szamponetką i uzyskałam granatowe pasma, do tego tuż przed maturą. Ciągle nosiłam rurki do pary z adidaskami, balerinkami bądź zamszowymi ażurowymi kozaczkami, choć do tego kroju spodni nie miałam predyspozycji, o wadze nie wspominając. Często chodziłam na solarium i marzyłam o białej kurteczce, która kontrastowałaby z pomarańczowym odcieniem mojej skóry i trupim odcieniem błyszczyka, co to miał powiększać optycznie usta, a tylko mrowił niemiłosiernie. Nie mogę nie wspominać tego okresu bez strzelenia facepalma, ale cóż, gimbazja rządzi się swoimi prawami.

5voz3r-l
Czy naprawdę jest ktoś w stanie uwierzyć, ze Coco Chanel popykałaby w takim sweterku?

Ostatnimi latami jesteśmy świadkami nowego rozdziału w historii mody – mowa o wyrazistych brwiach, naturalnych kolorach włosów, retro płaszczykach i oczywiście fit sylwetce, pozytywnej odmianie po latach wmawiania biednym dziewczynom, że nie masz prawa nazywać siebie kobietą, jeśli nie jesteś w stanie wystukać alfabetu morse’a na swoich żebrach. Oczywiście media zostały zdominowane przez ekstremalne przypadki: największą popularnością cieszą się istoty o brwiach rysowanych markerem i na pół czoła oraz dolnymi partiami poniżej pleców godnymi centaurów w rezultacie czego po raz kolejny jest mowa o upadku cywilizacji i nieśmiertelnym „za moich czasów było lepiej”.

Jasne.

Tego rodzaju kobiety istniały zawsze, tylko zmieniały piórka zgodnie z obowiązującymi trendami, nawet najbardziej zachowawczy styl przekształcając w środek do zwracania uwagi, głównie u płci przeciwnej. I wywoływania zazdrości u sobie podobnych osobniczek, stąd popularność podróbek, koniecznie z wyraźnym logiem projektanta, żeby nie było wątpliwości. Posiadaczki kaczych dziubków zamieniły obsypane cekinami bluzeczki na obcisłe sweterki, pushupy z biustu przenosząc do majtek, bo podobno wielkie tyłki są obecnie w modzie, miejsce do cykania fotek przenosząc z zasyfionego lustra na siłownię, bo wyczytały na Grodzisk Spotted, że wysportowane loszki mają branie u właścicieli bmw rocznik ’98. Zamiast tribali nad pupą dziarają czaszki i róże, stare nokie zamieniły na ajfony, solarium na opalanie natryskowe.

Szczerze mówiąc swego czasu bardzo mnie dziwiło, że największą popularność zdobywają nie skromne (ale wciąż ładne, do tego uzdolnione, o ja naiwna) dziewczyny, tylko te, które pokażą najwięcej i nie pojmowałam, jak bardzo niektóre z nich są zdolne się poniżyć dla kilkuset lajków czy serduszek. Potem dotarło do mnie, jaki target mężczyzn do siebie przyciągają i że właściwie nikt tu sobie nie wchodzi w drogę, a jeśli do tego niektóre z nich są w stanie wyciągnąć z tego trochę hajsu, to właściwie mamy win-win.

W tym wszystkim najbardziej przerażający jest kierunek, w którym zmierza internet – taki facebook wymaga nieco treści, można dodać obszerny status, zapodać cytat Paolo Coelho pod zdjęciem, na grupach tematycznych powyzywać matkę oponenta od lachociągów, słowem fejs stanowi źródło nowej elity intelektualnej. Zaś jedyną treścią jakiej wymaga od użytkowników instagram są zdjęcia, czasem okraszone pojedyńczymi słowami i hasztagami w typie #zimnodzisiajzmarzlamidupapolishgirl (czy ktoś ma pojęcie, jak działają hashtagi?). Co będzie kolejne, aplikacja której głównym zastosowaniem jest przesyłanie sobie zdjęć czy filmików z automatycznymi beauty filtrami przestaczającego byle pasztecik w śliczną kanapkę z dżemem?

13882091_583998528448796_520112089306091015_n-jpg

No tak. Cywilizacja chyli się ku upadkowi – koniec świata nie będzie spektakularny, ale z pewnością będzie się ładnie prezentował.

Omawiam teaser do Star Wars: the Last Jedi

Po raz pierwszy zdarza się, że wrzucam dwa materiały tego samego dnia, ale niestety poza byciem przebrzydłym leniwcem mam życie prywatne, służbowe, jestem żoną, ludzką i kocią matką bla bla bla wiadomo o co chodzi, zresztą ten jest taki króciutki, że nawet nie poczujecie ( ͡ᵔ ͜ʖ ͡ᵔ ). Konkrety: dzisiaj został opublikowany OFICJALNY teaser do VIII odsłony Gwiezdnych Wojen i chociaż ukazuje mniej, niż habit zakonnicy kobiecego ciała, to wciąż uznaję go za zadowalający, oszczędność w odkrywaniu fabuły uznając za pozytywny aniżeli słaby aspekt.

Zaczyna się klasycznie jak w teaserze do poprzedniej części, od jump scare’a – z tą różnicą, że zamiast Murzyna na pustyni mamy spoconą Rey, prawdopodobnie w trakcie treningu. Najwyraźniej Luke ostro ją tresuje i odkrywa przed nią tajemnice starożytnej księgi Jedi (czy jest w niej odpowiedź jak przywrócić równowagę Mocy?), co ukazują nam kolejne klatki. Widać też Sokół Millenium – nie ukazano nam jego wnętrza, ale należy przypuszczać, że za sterami jest Chewie z następczynią Hana Solo.

Potem mamy rzut na roztrzaskaną maskę Kylo Rena, prawdopodobnie migawka z miejsca, w którym upadła, bo wykonywanie takiego samego egzemplarza tylko po to, żeby wylądował w kawałkach na ziemi nie miałoby sensu, prawda? Prawda? Następnie widzimy Kylo bez maski – może uznał, że jego twarzy nic nie pomoże i nie ma co się oszukiwać – ale jego blizna wypada dość słabo. KAMAAAN, dostał przez twarz mieczem świetlnym, zaskakująco ładnie się to zagoiło (blizna wygląda jak świeże cięcie żyletką ლ(ಠ益ಠლ)), ogólnie ładnie ten Kylo wygląda, fanki będą zadowolone, Rey pewnie mniej.

Oby w końcu Ruch Oporu dostał wciry, niech First Order pokaże na co ich stać, proszę. W końcu mają w ekipie rudego, ktoś tu musi wydać parę bezdusznych rozkazów.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 14.04.2017 183110.bmp.jpg
Przy bliźnie Kylo nawet Skaza wygląda na bardziej pokiereszowanego

Interesujący jest sposób, w jaki Rey mówi o mocy, w kontekście widzenia jasności, ciemności, równowagi i czegoś… więcej? Pojawiły się teorie, że Rey niczym Ahsoka ma okazać się Szarym Jedi – kimś, kto kroczy własną drogą między Jasną i Ciemną Stroną Mocy, korzystając z możliwości jakie obie niosą i nie opowiadając się konkretnie za żadną z nich. Zazwyczaj Szarzy Jedi służyli jasności, ale restrykcyjny kodeks Rady ograniczał ich na tyle, że decydowali się podążać własną ścieżką, walcząc z Sithami, ale nie stroniąc od ich metod do walki z nimi, tym samym często okazując się skuteczniejszymi sojusznikami Jasności. Bardzo podobałoby mi się takie rozwiązanie, w końcu coś przełamałoby schemat kinowych adaptacji, byleby oszczędzono nam niszczenia kolejnej Gwiazdy Śmierci/Starkillera. Widać też, że widzenia Rey mogą odegrać istotną rolę w tym filmie – jaką, to się okaże. Pojawiają się też głosy jakoby Skywalker miał zacząć czerpać energię z ciemnej strony mocy i wytrenować Rey na Sitha zdolnego pokonać Zakon Ren – to jedna z najbardziej absurdalnych teorii jakie kiedykolwiek słyszałam, Luke już raz pokonał tego rodzaju pokusę i daleko wątpliwe, żeby tak się stało, aczkolwiek Szary Jedi to jest coś, co naprawdę stanowiłoby przełom w aktorskiej wersji.

Jest też coś, co wskazuje na retrospekcyjny charakter – mamy R2D2 z zakapturzoną postacią (Lukiem?) na tle płonącego budynku, gdzie wkraczają szturmowcy z Phasmą na czele. To wygląda jak atak Zakonu Ren na jego Akademię Jedi, ale więcej szczegółów dowiemy się z trailera, a może dopiero w grudniu, kiedy film wejdzie do kin.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 14.04.2017 183048.bmp.jpg

Co więcej – są X-wingi, AT-ATy (hell yes!) i TIE Fightery, Poe jest świadkiem utraty niewielkiej (?) części floty, BB-8 pałęta się pod jego nogami (uroczy jest, ale K2S0 znacznie zawyżył moje oczekiwania względem androidów, żeby zadowalała mnie pikająca piłka), Finn przeżył (niestety, a miałam nadzieję, że ta postać już się nie pojawi), są widowiskowe sceny bitew, jest wiele zamieszania a jednocześnie nie ma prawie niczego, co odróżniłoby tę część od poprzednich. Wszystko rekompensuje ostatnia kwestia Luke’a:

IT’S TIME FOR THE JEDI TO END

17903565_1879164578966003_4551846020667924145_n.jpg

Jaram się jak wujostwo Luke’a na Tatooine. Grudniu, przybywaj!

Galopem na Przełaj

Na książkę o tym tytule autorstwa Marii Ginter trafiłam przypadkiem, wertując pomieszczenie nad garażami w poszukiwaniu czegoś ciekawego do czytania, co nie byłoby Gazetą Pomorską albo Poradnikiem Rolniczym. Miałam wtedy dwanaście – trzynaście lat i ta lektura wywarła trwały wpływ na moje postrzeganie świata i wizerunku kobiety, jakkolwiek pretensjonalnie by to nie brzmiało. Zabawne, prawda? Czasem zostajesz przy kolorowych pisemkach typu Twist i Dziewczyna (takie za moich czasów były dostępne) i twój pogląd na własną tożsamość pędzi w zupełnie innym kierunku; tak niewiele trzeba, żeby wpłynąć na młody umysł.

g9jt0ssy4bwo1.jpg

Galopem na Przełaj to autobiografia młodej dziewczyny z dobrze uposażonej rodziny, której beztroskie życie przerywa piekło drugiej wojny światowej. Wspomnienia autorki obejmują okres od tysiąc dziewięćset trzydziestego piątego do tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku i opisują niezwykle barwny życiorys – „najpierw dziecka i dorastającej panienki z rodziny ziemiańskiej, później uczestniczki ruchu oporu, więźniarki Pawiaka i żołnierza Armii Krajowej w Powstaniu Warszawskim, a bezpośrednio po zakończeniu wojny szofera dostawczej ciężarówki. Działalność konspiracyjna, społeczna i zawodowa splatała się z interesującymi przeżyciami natury osobistej”.

Jak sama autorka przyznała, po latach nie ingerowała przesadnie w swoje zapiski, ponieważ nieporadny ton, w jakim spisywała swoje młodzieńcze wspomnienia w pełni oddawał naiwność w stosunku do świata. Ten stopniowo ewoluował, wraz z tragicznymi wydarzeniami jakich miała stać się częścią, ale autorka nigdy nie straciła ducha walki i chęci do życia.

Sześć miesięcy po urodzeniu dziecka straciła męża, podporucznika Jana Korzybskiego w Powstaniu Warszawskim. Mimo rozkazu nie od razu wróciła do syna i opiekunki, tylko została w stolicy, by walczyć, choć wynik tej walki był z dawna przesądzony. Opis przejścia kanałami od Placu Trzech Krzyży na Mokotów należy do jednego z najbardziej sugestywnych w literaturze: ślisko, ciemno i miejscami po pas w ekstremantach, z Niemcami polującymi u wyjść studzienek kanalizacyjnych na przemykających kanałami powstańców. Kiedy w końcu wydostała się z miasta okazało się, że poległ cały pluton, z którym spędziła ostatni dzień przed upadkiem Powstania. Ludzie jeszcze wczoraj dzielący z nią posiłek, teraz byli martwi.

Najgorzej było pod Szucha, bo pod Szucha pilnowali strasznie, a tam się prawie że po trupach chodziło, bo ciągle wrzucali jakieś wybuchowe materiały, żeby – słychać było, jak rozmawiali – szczury wytłuc. Nas nazywali szczury

Wcześniej spędziła dziewięć miesięcy na Pawiaku, skąd na szczęście jej i siostrze udało się wydostać, kiedy ich znajoma odwołała swoje zeznania, przypłacając to życiem „za wprowadzanie okupanta w błąd”. Sama relacja z pobytu w wiezięniu stanowi przygnębiający obraz pełnego napięcia oczekiwania, zapluskwionych pryczy, marnego jedzenia, odmrożonych od obierania kartofli rąk i widoku mnóstwa wychudzonych bądź skatowanych twarzy, z których duża część nigdy nie miała opuścić więziennych murów. Maria po oswobodzeniu nie zrezygnowała ze swojej konspiratorskiej działalności, choć na jakiś czas musiała pozostać „uśpiona” i nie podpaść ponownie wrogiej władzy. W krótkim czasie padła ofiarą łapanki i tylko cud w postaci proszków na ból głowy i szaleńczy rytm serca, który owe wywołały uchronił ją przed zesłaniem do burdelu.

Kiedy wojna wreszcie dobiegła końca, przyszłość głównej bohaterki nigdy nie rysowała się bardziej ponuro niż wtedy. Jej majątek przepadł, mąż i były narzeczony zginęli w Powstaniu a ona została niemal sama, z małym dzieckiem na utrzymaniu, do tego jeden z zaawoalowanych opisów pomocy przyjaciółce w odzyskaniu sprzętów ze zburzonej kamienicy sugeruje czytelnikowi, że obie zostały zgwałcone przez Niemców patrolujących miasto. Tego rodzaju przeżycia doprowadziłyby niejedną z nas (prawdopodobnie ze mną włącznie) do załamania nerwowego, ale Maria Ginter zdawała się mieć niespożyte pokłady energii i hartu ducha. Na jej szczęście ostał się jeden z koni z majątku jej męża i zaprzęgła go do pracy, rozpoczynając karierę furmana w powojennej Warszawie i okolicach. Imała się wielu zajęć, od transportu ludności po sprzedaż węgla, po jakimś czasie przesiadając się na wielkie maszyny i zostając pierwszą kobietą prowadzącą samochody ciężarowe, w tym pięciotonowego thornycrofta zaadaptowanego do kampanii afrykańskiej i z tego powodu pozbawionego szoferki oraz przedniej szyby, którym jazda zimą mimo kożuchów i futer stanowiła katorżnicze wyzwanie. Powojenna kariera autorki była o tyle utrudniona, że władze komunistyczne były negatywnie nastawione do dwóch kluczowych zapisów w jej papierach – b. z. – były ziemianin i AK, członek Armii Krajowej. Mimo przeciwności losu i dzięki niesłabnącej energii udało jej się ustabilizować swoją sytuację, ale nigdy nie spoczęła na laurach, a dalsza historia jej życia została zawarta w kolejnej części jej zapisków – Z wiatrem pod wiatr.

unnamed

Autorka prezentuje swoją postawą to, o czym współcześnie często się zapomina, kiedy w feminiźmie pomija się pojęcie kobiecości, jakby zapominając, że to ona stanowi źródło naszej siły, nie powód do wstydu i impuls do kreowania własnego wizerunku na bardziej męski niż przedstawiają mężczyźni. Maria Ginter była osobą o wszechstronnych zainteresowaniach, utytułowaną dżokejką, tenisistką i kierowcą rajdowym, nie bojąca się ciężkiej pracy i twardo walcząca o poprawę bytu swojego i najbliższych i przy czym zachowująca własną tożsamość. Nie bała się kochać i nie bała się rozstań, kiedy czuła, ze jej niezależność jest zagrożona, zawsze czerpała pełnymi garściami z życia i nie zaniedbywała własnych pasji.

Chciałam przekonać wszystkich zniechęconych i zrezygnowanych, którym los nie układa się po ich myśli, że nawet w sytuacjach beznadziejnych życie jest zawsze pełne możliwości. Że osiągnięcie szczęścia nie jest uwarunkowane dobrobytem, lecz przeciwnie, prawdziwe szczęście polega na ciągłym dążeniu, poszukiwaniu i pokonywaniu trudności. Trzeba chcieć i umieć brać życie takim, jakim jest, a dla każdego stanie się interesujące

Maria Ginter zmarła 26 sierpnia 2011 roku w Warszawie i została pochowana z wojskowymi honorami w rodzinnym grobie na Powązkach. W dzisiejszych czasach, kiedy Superbohaterką Roku zostaje uhonorowana osoba, której jedynym osiągnięciem było usunięcie ciąży z powodu zbyt małego mieszkania, ta autobiografia przypomina mi o tym, o co w prawdziwej kobiecości chodzi.

Na koniec jeden z moich ulubionych fragmentów:

W powrotnej drodze ulokowałam się na dachu. Zamiast lawirować po wagonach, wolałam pozostać sama i pomyśleć. Mimo niezbyt wygodnego położenia wracałam w świetnym humorze. Pełna nadziei i planów na najbliższą przyszłość. Kupno lepszego wozu, rozkręcenie interesu, urządzenie domu i nareszcie wymarzona przeprowadzka dzieciarni. Całą trasę przejechało się nie tyle wygodniej, co o wiele spokojniej niż poprzednio. Chwaliłam sobie nawet ten niecodzienny sposób podróżowania w upalną noc. Zaduch w zatłoczonym wagonie musiał być nie do zniesienia. Pod ogromną kopułą gwieździstego nieba czułam się wspaniale. Obserwując znajome układy, błądziłam myślami w minionych latach. Gwiazdy… Te same, które za dziecinnych lat błyszczały nad smolickim ogrodem. Których spadanie witało się z radością, wyrażając szybko swoje pragnienia. Te same, których wrześniowy blask zaćmiły pożary palącej się Warszawy. Te, których z utęsknieniem wypatrywałyśmy przez zakratowane okna Pawiaka. Te same, które nad wilczyskim lasem mrugały przyjaźnie, widząc naszą miłość. Których kilka dojrzałam przez wylot u włazu kanałowego, spodziewając się lada moment śmierci. Te, które wyprowadziły mnie rok temu z piekła powstania i powitały w szczerym polu. Te, które były moim przewodnikiem na wielu trasach furmańskich. Ciągle niezmiennie te same… I teraz towarzyszą w tej dziwnej podróży.

Fit mamy

Ostatnio nastał istny boom na wysportowaną sylwetkę i zdrowy styl życia. Trend jest o tyle dobry, że postępująca popularność fast foodów i chemii w jedzeniu przyczyniła się do znacznego wzrostu otyłości wśród młodych ludzi, co jak powszechnie wiadomo, stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia. Oczywiście w opozycji natychmiast pojawiły się wszelkiego rodzaju kampanie promujące zupełne przeciwieństwo wysportowanej sylwetki – raz na jakiś czas w mediach przetoczy się z hukiem galeria naprawdę obfitych ciał, zazwyczaj wołających o akceptację otyłości i żądających nazywanie boskimi kształtami czegoś, co bardziej niż Wenus przypomina Buddę. I w tym tekście naprawdę nie chodzi o to, żeby mówić, jak kto ma wyglądać i co jest brzydkie bądź ładne – to, jak kto wygląda i jak się z tym czuje to jego osobista sprawa. Problem pojawia się wtedy, kiedy media usilnie próbują wciskać nam cudze wzorce jako jedyne słuszne.

Typowa matka dwudziestego pierwszego wieku pojawia się w pracy już czternaście dni po porodzie (ja z moimi siedmioma tygodniami po cesarce czuję się jak społeczny pasożyt), w drugim miesiącu ma idealnie płaski brzuch z sześciopakiem, a na śniadanie spożywa jogurt z koziego mleka okraszony nasionami chia (co to do cholery są nasiona chia? Wygląda jak mak, ale cenowo bliżej temu do czerwonego kawioru). Dziecko na jej rękach sprawia wrażenie dodatku do lustrzanego selfie, dom, obowiązkowo skąpany w szarościach i bieli, jest zawsze wysprzątany na błysk i tak pozbawiony charakteru oraz śladów użytkowania, jak wystawy meblowe w ikei. Fit mama nie zaprzestaje aktywności fizycznej z powodu takiej drobnostki jaką jest ciąża, wykonując ćwiczenia godne Pudzianowskiego przygotowującego się do występu w MMA, każdą wizytę w siłowni dokumentując na portalach społecznościowych. W końcu, jak głosi stara mądrość ludowa, jak czegoś nie ma na facebooku, to nie miało miejsca. Część fitnessowych guru jest całkowicie oderwana od rzeczywistości jakby zapominając, że statystyczny adresat ich poradników to młoda kobieta zarabiająca niewiele poniżej bądź niewiele powyżej średniej krajowej, mieszkająca w bloku i ubierająca się w bershce. Te „niezbędne porady” są czasem tak głupie i nieżyciowie, jakby ich jedynym celem było ukazanie plebsowi, na co treserka jest w stanie wydać pieniądze.

PicMonkey Collage
Głupich ludzi nie jest więcej – w czasach internetu są po prostu lepiej widoczni

Ogłupione obietnicami nienagannej sylwetki w miesiąc, czytelniczki nie są w stanie zrozumieć, że ich idolka nie prezentuje na profilach społecznościowych tego, czego faktycznie używa, tylko produktów za których reklamowanie ktoś jej zapłacił. Cała ta marketingowa machina ma na celu wzbudzić w nieświadomych konsumentkach potrzebę pakowania mamony w całkowicie niepotrzebne rzeczy, wyglądające daleko mniej użytecznie w szarym mieszkaniu niźli na filtrowanych fotografiach z podkręconą saturacją. Pstrokate pantalony w żarówiastych kolorach – bez nich nie przebiegniesz ani kroku, nie wspominając o butach o kosmicznej cenie technologii NASA, dzięki którym pobijesz rekord Usaina Bolta i to bez zmiany koloru skóry, do tego opaska na rękę z opcją mierzenia ciśnienia i poziomu kupy w gaciach, na wypadek zesrania się po zobaczeniu rachunku.

Wracając do fit mamusiek – każda z nas może nią być, wystarczy tylko odpowiednio ustawić się do selfie i dorzucić kilka odrealniających filtrów, najlepiej przez snapa, ta aplikacja każdego paszczura, łącznie ze mną, przerobi na gwiazdę instagrama. Osobiście byłam sobą srogo rozczarowana, że dwa tygodnie po akcji porodowej mój brzuch wciąż wyglądał, jakbym była w ciąży z wanną. Teraz, blisko rok po cesarce wciąż nie mam czucia w kawałku mojej skóry, a co dopiero w okresie połogu, gdy jesteśmy męczone przez okres na sterydach. Nie doszłam do pełnej formy w miesiąc, ani nawet dwa miesiące, zamiast tego nabawiłam się infekcji blizny i musiałam brać penicylinę: po każdym większym wysiłku było tylko gorzej, plamiłam, blizna ropiała i musiałam dać sobie spokój na jakiś czas z ekscesami. Przez ten czas mój syn zapewniał mi minimum ruchu, w moim przypadku minęło pół roku, zanim w pełni wróciłam do wyśrubowanych ćwiczeń aerobowych.

Zapewniam, na początku dziecko to najlepsza siłownia: karnet poza niewielkimi kosztami eksploatacji jest darmowy i nie można z niego zrezygnować przez co najmniej dziesięć najbliższych lat. Crossfit przy niemowlęciu to gilgotki babuni.

Porady na Zdrady – uwaga, zawiera lokowanie produktu

Polska komedia romantyczna ma się źle. Oczywiście dawno temu widz oduczył się oczekiwać od tego gatunku intelektualnej uczty, ale zdaje się, że poziom wciąż jest niebezpiecznie obniżany, a Porady na Zdrady stanowią tego ponure świadectwo. To ostatni film Ryszarda Zatorskiego, który wcześniej uraczył widzów takimi arcydziełami kinematografii jak Nigdy w Życiu czy Ja Wam Pokażę! Jego najnowszy twór formą i stopniem odrealnienia nie odbiega od swoich poprzedników – po raz kolejny widz ma wrażenie, że ogląda świat simsów, odrealnioną rzeczywistość, w której postacie zachowują się nienaturalnie i nielogicznie, a otoczenie jest wyjątkowo sterylne i żywcem przeniesione z katalogów meblowych. W tym świecie wszyscy, łącznie z bezdomnymi mają śnieżnobiałe uśmiechy, zawsze chodzą w ładnych ubraniach i w butach po domu.

maxresdefault

Fabuła jest równie prawdopodobna co w grze komputerowej, przy czym gracz sterujący postaciami to dziewięcioletnia fanka DisneyXD i zdolnościami kreowania postaci autorów fanfiction na wattpadzie.  Główne bohaterki niemal na samym wstępie przyłapują swoich facetów na zdradach, w sposób wyjątkowo głupi i absurdalny, nawet jak na polską komedię romantyczną. Serio przyszły pan młody W DNIU ŚLUBU wychodzi na ważne spotkanie i panna młoda biegnie przez miasto za nim tylko po to, żeby przyłapać typa in flagranti z kochanką w przeszklonej windzie? Widz musi przywyknąć do tego rodzaju rewelacji, bo wymieniony przeze mnie szczegół to tylko początek spirali zidiocenia.

Przyjaciółką niedoszłej mężatki (która ma przeciętną pracę, ale warszawskie mieszkanie którego nie powstydziłaby się Gosia Rozenek) jest A JAKŻE szalona krejzolka, co się dziwnie ubiera i obowiązkowo jest wyzwolona seksualnie i która inicjuje pomysł otworzenia agencji detektywistycznej, mającej za zadanie tropienie niewiernych facetów. Jednym z ofiar klientów jest sprawca potrącenia samochodem głównej bohaterki, w którym ona A JAKŻE się zakochuje i nie zgadniecie, na końcu okazuje się, że on też się w niej kochał i są ze sobą! Kto by pomyślał?

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 10.04.2017 124940.bmp

Nie sposób nie wspomnieć o wyśmienitej grze aktorskiej. Weronika Rosati po raz kolejny udowadnia, że nie zasługuje na więcej niż kolejne nagrody typu the Iceberg Boobs, Roznerski jest niczym Ryan Gosling polskiego kina, tylko brzydszy, bez talentu i zdolny kręcić kierownicą samochodu na wszystkie strony nawet, kiedy jedzie prosto. Swego czasu widziałam na youtubie program dokumentalny o żigolakach polujących na kobiety w Anglii (naprawdę, nie mam pojęcia jak tam trafiłam) i Roznerski ze swoim repertuarem uwodzicielskich min idealnie wpisuje się tę profesję. Karolak to Karolak, tutaj gra przeciwieństwo dobrego kołcza (pozostawię to bez komentarza, widać idą z duchem czasu) jakim jest Roznerski i jest po prostu sobą, przewodząc trzem przegrywom jak uwodzić kobiety (prawie jak ten łysy jaszczur z TVN Style), Lamparska to Hela w Opałach, tylko w brązie, a Dereszowska odgrywa przeszarżowaną wersję siebie samej z reklamy kociej karmy.

Właśnie. Reklamy. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z ponadgodzinną reklamą, nie tylko na poziomie fabuły (a raczej jej braku), lecz ze względu na olbrzymią ilość produkt placementów, jakimi bombardują nas twórcy. Mamy laptopa, samochód, napój, parówki i inne produkty spożywcze, wszystkie tak chamsko wplecione w dialogi, że klan i jego słynny soczysty kurczak to marketingowy majstersztyk. Kiedy w samym filmie jest więcej reklam, niż w bloku przed seansem, coś jest mocno nie tak. Nie mam pojęcia, jak wielkie kredyty do spłacenia mają aktorzy godzący się na występy w tego rodzaju kupach, ale kryzys musi być u nich mocny – ten „film” okazał się gorszy niż Kobiety bez Wstydu (taki potworek, w którym Jacek Przypadek udaje psychoanalityka i gdzie wszystkie kobiece postacie to umysłowe ameby), a myślałam, że to niemożliwe.

Ludzie, nie idźcie na to do kina. Po prostu nie omijajcie jednego z bloków reklamowych na polsacie, skutek będzie ten sam, a stan konta zostanie nienaruszony.

17634761_1279453325442941_2305496790184000828_n
Przeciętnemu polskiemu widzowi niewiele wystarcza, więc niewiele dostaje

Ale wiecie co? Idę o zakład, że nie minie pół roku, a polscy twórcy uraczą nas kolejną „komedią” z tymi samymi aktorami i tymi samymi zerżniętymi z basha żarcikami, bo jak widać, tego rodzaju kino cieszy się niesłabnącą popularnością. I skoro masowo wykupywane są tanie chińśkie gacie z bazaru to nie dziwota, że nikomu nie chce się produkować niczego wartościowego, bo to zwyczajnie często się nie opłaca.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑