Kazirodczy pasek: fabuła pierwszego odcinka ósmego sezonu Gry o Tron

Dla nieoglądających GoTa: Daenerys i Jon Snow aka Aegon Targaryen są ze sobą blisko spokrewnieni o czym traktuje poniższy list, co może wydawać się dość niefortunne ze względu na fakt, że wyżej wymienieni uprawiali ze sobą MIŁOŚĆ.

Prawdopodobnie coś jest ze mną nie tak, ale nie mogę doczekać się miny Jona na wieść o tym, że odbył stosunek z własną ciotką. Dla Dany to pewnie nic takiego, w jej rodzie od pokoleń propagowano związki w rodzinie, coby zachować czystość krwi, Malfoyowie byliby dumni. Kolejny sezon już za rok do dwóch lat, pozostaje uzbroić się w cierpliwość, ewentualnie przesiąść się na Wikingów – choć Gra o Tron poruszyła miliony widzów na całym świecie, ilość absurdów i swobodny stosunek do logiki sprawił, że surowy nordycki klimat jest dla mnie prawdziwym wybawieniem.


sneakpeak sezon 8.2.png

Reklamy

Czy tygrysy lubią deszcz?

Baterie do aparatu naładowane, dwie memorki załadowane, dzisiaj ruszamy na safari. Niestety nie te afrykańskie, na te jeszcze długo nie będzie mnie stać, ale na Safari Woburn Park – jakieś 40 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania, 77 kilometrów od centrum Londynu. Póki co pogoda nie zapowiada się obiecująco, pozostaje mi mieć nadzieję, że tygrysy naprawdę lubią wodę i pokażą swoje prążki choć na chwilę. Imponującym sprzętem z poniższego paska nie dysponuję, ale polecony przez znajomego (złoty człowiek) Nikon D7100 w pełni mi wystarcza, co nie zmienia faktu, że do robienia zdjęć własnej osobie zdecydowanie preferuję kamerkę w telefonie – koniecznie przednią, bo ma mniejszą rozdzielczość, wiadomo. Nie zniosłabym siebie w rozdzielczości full hd, aż tak pewna siebie nie jestem.


aparacik1


 

Udanego tygodnia wszystkim!

Orange is the new Black przypomniał mi wszystkie powody, przez które nie oglądam seriali

Orange-Is-The-New-Black-Season-4-Netflix.png

Przyzwyczajcie się do tej miny – to jedna z dwóch na całe pięć sezonów

Seriale, nawet te nazywane najlepszymi, cierpią na chroniczne dolegliwości – powtarzalność, zapętlenie wątków i popadanie w rutynę bądź co gorsza udziwnianie perypetii na siłę, tak seria że z pierwotnego kształtu przeistacza się w cudaczny twór w niczym nie przypominający pierwszych odcinków. Orange is the new black to jedna z tych przełomowych produkcji, która obaliła kilka mitów i tematów tabu zyskując przy tym miliony fanów na całym świecie.

Jednak nie zyskała fanki we mnie.

A szkoda, bo oczekiwałam po OitnB czegoś naprawdę satysfakcjonującego. Już sam zarys fabuły zapowiada się obiecująco: oto Piper Chapman, grzeczna blondynka o pozornie poukładanym życiu trafia do więzienia za przestępstwo popełnione dziesięć lat wcześniej i zmierza się z brutalną rzeczywistością więziennych krat. Rzeczywistość ta jest naprawdę brutalna, choć zaprawiona nutą perwersji – nasza nadobna, niezaprawiona w pasiakowych potyczkach bohaterka musi radzić sobie z napalonymi homoseksualistkami, tyleż bezwględnymi co bezmózgimi klawiszami, absurdami administracji, więziennymi układami i skrywającą mroczne sekrety serca byłą kochanką, do tego wszystkiego pozostawia na wolności narzeczonego i przyjaciółkę w ciąży, oboje tyleż żądni uwagi, co mający chętkę na wskoczenie w spodnie drugiego.

Fascynujące, prawda?

Rzecz w tym, że chyba zbyt fascynujące, zwłaszcza jak na serial oparty na surowych fundamentach i ciasnych lokacjach. Co prawda dostajemy efektowne zwroty akcji, ale zbyt często rozwiązuje się je za pomocą wydumanych deux machina i rzadko zadano sobie trud radzenia sobie ze skomplikowanymi plot twistami w sposób wymuszający pracę szarych komórek: gdy tylko pojawia się sytuacja bez wyjścia, natychmiast objawia się cudowna recepta, a po jakimś czasie wątki tak się plączą, że do dziś nie wiadomo jak rozwiążą sprawy w nadchodzącym sezonie.

Mój kolejny zarzut względem tej produkcji wydaje się dość istotny – mianowicie, w tym serialu nie ma nikogo, ABSOLUTNIE NIKOGO z kim jako widz mogłabym się utożsamić, co mnie zaskoczyło, bo przypuszczałam, że dość dobrze odnajdę się w więziennych klimatach. Początkowo wydawało mi się, że główna bohaterka prędko stanie się tą, której losami będę się najbardziej przejmować i to przeświadczenie trzymało się mnie mniej więcej do połowy pierwszego sezonu. Piper Chapman odgrywana przez Taylor Schilling zdaje się mieć doskonale opanowane dwie czy trzy miny (podobnie jak Red, która przedstawia tylko dwa stany – wkurzenie i wyraz twarzy urażonej gołębicy), a jej postać jest prowadzona w tak absurdalnym kierunku, że naprawdę ciężko mi było zachować względem niej resztki sympatii. Podobnie jak większość pozostałych bohaterów zachowuje się nielogicznie, jej motywacje są sprzeczne, ona sama zachowuje się idiotycznie, a jej przemiana w twardą babkę jest po prostu śmieszna i niewiarygodna. Jej narzeczony to mięczak o ilorazie inteligencji tegoż, a części więźniarek nie ratują nawet ckliwe retrospekcje, mające w założeniu usprawiedliwiać ich pobyt za kratkami, ukazywać pobudki nimi kierujące i niemożność radzenia sobie na wolności, co samo w sobie wydaje się być interesujące, ale szybko nuży, gdy większość z nich jest poprowadzona w podobnym stylu. Nawet kiedy zdarzyło mi się polubić jakąś postać, to scenarzyści skutecznie pozbawiali mnie szans na zadzierżgnięcie przyjaźni, każąc zachowywać się jej w sposób często sprzeczny z jej rysem psychologicznym, a moja irytacja ich bezmyślnością i okrucieństwem była tak wielka, że po prostu męczyłam się oglądając losy tych bohaterów.

Plusy? W końcu mamy serial (nie licząc L Word, ten swoją drogą ma powrócić na ekrany telewizorów ze współtwórczynią Ilene Chaiken jako producentką wykonawczą i to nie jako reboot tylko kontynuacja w liczbie przynajmniej jednego sezonu więcej), który nie przedstawia damskich relacji homoseksualnych w pretensjonalny sposób. Nie wykorzystano również potencjału jakim jest damskie więzienie w wyobraźni przeciętnego amatora ostrzejszej pornografii i choć stosunek strażników względem osadzonych bywa podkoloryzowany, to ogólny obraz maluje się względnie naturalistycznie. Ponadto podoba mi się sposób opowiedzenia o rasiźmie, czyli ukazania go możliwie wiernie odwzorowując rzeczywistość i naprawdę szkoda, że taki kawał dobrej roboty został przyćmiony przez mdły obraz ogółu.

Zapowiadający się obiecująco serial poległ na banalnych błędach – powtarzalności i maskowania tego wyszukanymi twistami, a głupota z nich bijąca odebrała mu resztki wiarygodności. Do tego wszystkiego przysiadłam do tej produkcji zaraz po finale Mad Mena, stąd cliff hangery i inne triki wzbudzające u innych emocje, mnie zwyczajnie drażniły swoją bezpośredniością i próbach grania na naiwności widza. Twórcy OitNB zbyt często przekombinowują przekraczając granice wiarygodności, co rzadko wychodzi produkcjom na dobre, bo nawet najbardziej szokujące zabiegi przestają szokować, kiedy widz jest nimi torpedowany raz po raz. Do tego wszystkiego ciężko się oprzeć wrażeniu, że sięganie po takie środki zatrzymania publiczności to nic innego jak próba odwrócenia uwagi od słabego scenariusza i braku pomysłu na ciekawe rozwinięcie postaci. Mad Men jest jednym z tych seriali, których bohaterów można kochać, nienawidzić bądź czuć do nich obrzydzenie, ale widz nigdy nie pozostaje względem nich obojętny.

Ja niestety pozostaje obojętna na nadchodzący sezon produkcji Netflixa, może powinnam była zrobić sobie dłuższą przerwę w oglądaniu powyższych serii, może wtedy różnica jakości i tematyki byłaby mniej odczuwalna. Powiedzmy sobie szczerze: czy jest jakiś serial, który wypadłby dobrze w zestawieniu z Mad Menem i Jonem Hammem w roli Donalda Drapera*?

*Może poza Chłopakami z Baraków, ale to już problem mojego prostackiego gustu i niewyszukanego poczucia humoru.

Rodzinny pasek

Kto nie kocha rodzinnych spotkań?


sierpniowy pasek


Podczas mojego czteroletniego pobytu w Anglii do Polski wpadłam raz i to na kilka dni – moja rodzina nie bardzo przypomina tę demoniczną z powyższego paska (może poza jedną ciocią…), ale wciąż powrót na stare śmieci jest dość bolesny. Nie wspominając o powrocie na Wyspy – powakacyjny blues gwarantowany.

Złą matką być

PicMonkey Collage

Obserwacja mediów społecznościowych i blogów maści wszelakiej nasuwa mi pewne ponure spostrzeżenie – jestem koszmarną matką.

Jest na świecie taki rodzaj matek, nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny od prezentowanego przeze mnie i stosunkowo liczny – taki, który po urodzeniu dziecka zdaje się tracić własną tożsamość.

Ten rodzaj matki, który od momentu aktu wydalenia łożyska przestają istnieć jako samodzielne jednostki, od teraz tylko “my”, nie “ja”. Dziecko jest wszędzie, a najwięcej w mediach społecznościowych, czyli miejscu, gdzie można prezentować te elementy życia codziennego, które wpasowują się w kreację szczęśliwego macierzyństwa.

Nie chodzi tu o okazjonalną publikację zdjęć swojej pociechy, bo choć to kwestia wciąż sporna, to facebook i jemu podobne platformy są doskonałym środkiem na dzielenie się ważnymi momentami z najbliższymi, zwłaszcza w dobie emigracji, kiedy rodziny są rozsiane po całym świecie i internet stał się najlepszym (przy czym najtańszym) środkiem komunikacji. Sama jestem posiadaczką prywatnego albumu o dumnej nazwie “Dzik” i choć pierwsze zdjęcie załadowałam sześć miesięcy po porodzie, to wciąż znajduje satysfakcjonującym ukazanie najbliższym tego kawałka swojego życia, z którego jestem dumna (zazwyczaj…).

Kobiety rodzą dzieci od blisko dwustu tysięcy lat, potrzeba było dziesięciu lat i mediów społecznościowych, żeby przekształcić macierzyństwo w teatr kapryśnych aktorów z przypadkową publiką

A mimo to matką jestem koszmarną. Drogą naturalną nie rodziłam, piersią nie karmiłam, owocu moich lędźwi na zdjęciu profilowym nie ustawiłam. Co kogo to obchodzi, powiecie, i macie rację, bo i nikogo podobne sprawy obchodzić nie powinny. A jednak, jest taki rodzaj ludzi na tym świecie, który nazwie gorszym wszystko, czego sam nie doświadczył i co poszło inaczej niż w jego przypadku. Cesarka? Nie jesteś godna nazywać siebie matką, jeśli nie nacięto ci krocza, nic to, że przeprowadzenie tego zabiegu nie było uzależnione od twojego widzimisię, a przed decyzją o krojeniu przeleżałaś osiemnaście godzin na porodówce: młody nie zobaczył światła w tunelu i szanse na wasze zbawienie zostały bezpowrotnie zaprzepaszczone. Nie karmiłaś piersią? Łojezu, to lepiej zachować dla siebie, nawet jeśli pytają wprost i przypiekają żelazem. Gdybym jeszcze dodała, że nie chciałam w ten sposób karmić, ot odwidziało mi się i przełożyłam jędrność biustu nad magiczną więź z dzieckiem, to z miejsca wylądowałabym na stosie, jak nic. Jakby mało było zarzutów mnie obciążających to dodam, że w rubryce “praca” na fejsbukowym biogramie nie wpisałam zawodu “full time mummy” (niestety autentyk), a na mojej skórze nie widnieje ani jeden tatuaż upamiętniający cud narodzin, jakim jest moje dziecko: zero imienia, daty urodzin, odcisku stópki, nic, taka wyrodna jestem. Wszystkie detale mam opisane w książeczce zdrowia, informacje w niej zawarte są czytelne i na wyciągnięcie mojej ręki, póki co nie potrzebuję przypomnienia w postaci ściągawki na ręku czy czole, memoriału wydrapanego czcionką tyleż zawiłą co nieczytelną. Nazwaliśmy tak jakoś zwyczajnie, niby mieszkamy zagranico więc teoretycznie Brajan, Marszal bądź Natan byłby jak znalazł, a my jak głupi skrzywdziliśmy młodego pospolitym polskim (tfu!) imieniem.

Jedno mnie zastanawia: po co to wszystko? Setki zdjęć, bombardowanie wszystkich wokół opisami rozwoju swojego dziecka, terroryzowanie otoczenia, zapewnienia o dozgonnym uczuciu i podporządkowanie całego swojego życia pod kogo? Tymczasowego współlokatora? Pociecha dorośnie, coraz mniej chętnie będzie pozować do zdjęć, pójdzie do szkoły, pozna innych ludzi i zacznie ŻYĆ, a matka zostanie z ręką w dawno nieużywanym nocniku… sama, może z podobnymi koleżankami. Do momentu kolejnego zajścia w ciążę.

Czy wiem, jak powinno wyglądać wzorowe macierzyństwo? Ani trochę. W końcu, co ze mnie za matka? Czas lubię spędzać sama, kota od dziecka odciągam i torturować nie pozwalam, mało się poświęcam i ogólnie angażuje nie więcej niż powinnam.

Ale czy tak naprawdę ktokolwiek zna (może poza Cersei Lannister) receptę na bycie idealnym rodzicem? Osobiście nie mam niebieskiego pojęcia, każdy musi wyrobić sobie własną metodę radzenia sobie w nowych okolicznościach. Mój sposób na przetrwanie jest dość prosty; zwyczajnie staram się mniej lub bardziej umiejętnie balansować między własnym życiem, zaspokajaniem własnych potrzeb oraz niewygórowanych ambicji i przy okazji nie wychować syna na cholernego Dandy’ego Motta. Jak wyjdzie, okaże się za kilka dobrych lat, póki co młody nie wykazuje psychopatycznych skłonności, a przynajmniej te mieszczą się w granicach normy.

Bo gdyby zapytać mojego syna o zdanie (gdyby oczywiście rozumiał i był w stanie powiedzieć coś więcej niż mama i bszzzzbźźź), lista dowodów mnie obciążających byłaby dość pokaźna:

  • Nie pozwalam wyjadać kocich chrupków prosto z kociej miski, również tych wcześniej przez kota wylizanych, zakaz ten obowiązuje jego pluszaków, usilnie do konsumpcji tychże nagabywanych
  • Nie daję mu soku i napojów gazowanych, za to poję go wodą jak jakieś zwierzę
  • Śmiem zmieniać mu pieluchę, kiedy jest zajęty zabawą, nie reagując na jego zaciekłe protesty, nawet kiedy ciężar zrzutu osiąga masę krytyczną
  • Nie reaguję również na jego popisy wściekłości, a przecież powinnam paść na kolana, onieśmielona jego niewątpliwym talentem dramatycznym
  • Ogłosiłam prohibicje na konsumpcję ładowarki do laptopa i kabli wszelakich, zwlaszcza tych podłączonych do prądu, a takie są najsmaczniejsze, wiadomo
  • Kładę spać o nieludzko wczesnej porze, to jest o godzinie dwudziestej pierwszej czasu londyńskiego, ponadto nie wykazuję entuzjazmu w kierunku zabaw nocnych o porze do zabawy najlepszej, to jest o godzinie czwartej nad ranem
  • Ostatnio zabroniłam zabawy upaćkanym kupskiem misiem, którego to kupą uprzednio wysmarował
  • Nie kupuję wszystkiego, czego sobie zażyczy, zdejmuję z huśtawki zbyt wcześnie, nawet gdy się ściemnia, a plac zabaw pustoszeje
  • Czyszczę mu uszy i zmuszam do szorowania wszystkich ośmiu zębów DWA RAZY DZIENNIE (chociaż do tego ostatniego przekonuje się coraz bardziej)
  • Zakładam mu buty, a przecież nic tak dobrze nie robi na gołe stopy, jak psie kupy i stare gumy do żucia
  • …I wiele wiele więcej.

O rany, po spojrzeniu na powyższy zestaw wreszcie dostrzegłam, jak koszmarną matką jestem. Proszę nie zgłaszać mnie do Opieki Społecznej, na pewno przemyślę swoje zachowanie. Wybacz mi synu, że stoję ci na drodze do zostania potencjalnym mistrzem zbrodni.

Trollface-PNG

Ten etat jest już zajęty.

Z fejsbuka wprost na onkologię. Sobotni pasek

Zdaje sobie sprawę, że nie każdy śledzi na bieżąco Mechaniczną Oranżadę na fejsbuku, stąd zamieszczam mój ostatni pasek na stronie, coby mieć wszystko na miejscu i we właściwej kategorii ^^


oby ostatnie


 Człowiek stara się dobrze odżywiać, alkohol pije od święta i tylko w ilościach śladowych, unika światła słonecznego i ruchliwych przejść pieszych tylko po to, żeby wejść na fejsbuka i z miejsca wylądować u onkologa. Czas ograniczyć internet.

Dobry znajomy

Coś było w piwnicy Artura.

Nie była to właściwie piwnica – raczej coś na wzór lepianki wystającej częściowo z ziemi, w której matka Artura zwykła przechowywać przetwory, kiedy jeszcze miała ku temu czas i chęci. Lepianka znajdowała się na terenie kompleksu warsztatów i byłej stacji benzynowej – świetnych za czasów PRL-u, po osiemdziesiątym dziewiątym roku wykupionych za bezcen przez ojca Artura i niszczejących z każdym rokiem.

Artur nie miał pojęcia, kiedy Coś wprowadziło się do piwnicy, ale przypuszczał, że to musiało odbyć się poprzedniego lata, kiedy wieś nawiedziła powódź i podmyła wszystko, co znajdowało się w całości lub częściowo pod ziemią: wtedy też musiało zmyć Coś do jego piwnicy.

Wielka to była powódź: wypłukało wszelkie rowy, a nawet groby na pobliskim cmentarzu, przez co dzieci nie mogły się kąpać w pobliskich gliniankach do końca wakacji. Jeszcze w tydzień po odejściu powodzi ludzie zdzierali strzępki odzieży z gałęzi niższych krzewów, a stara Alicja przysięgała, że jej pies przywlókł zaobrączkowany szkielet dłoni (oczywiście nie wspomniała, co się stało z obrączką). To było ostatnie lato, kiedy matka Artura postawiła słoik z przetworami na piwnicznym regale.

Artur nie był przesadnie urodziwym ani utalentowanym chłopcem, nie można mu było jednak odmówić pewnej inteligencji. Wolny czas poświęcał na uzupełnianie klaseru z owadami – na białych stronach szeregi poprzyklejanych super-klejem chrabąszczy przeplatały się z więdnącymi motylami z mącznym pyłem osypującym się ze skrzydeł, a okazałe pająki miały pierwszeństwo przed konikami polnymi i trzmielami. Była to imponująca, choć według jego matki nieco makabryczna kolekcja. Jak na swoje dziesięć lat mały dość dobrze radził sobie w szkole, ponadto nie wdawał się w awantury – z tego prostego powodu, że mało kto zaprzątał sobie nim głowę. Zazwyczaj był dla swoich rówieśników niewidzialny i choć czasem czuł nieprzyjemne ukłucie w żołądku, kiedy jego koledzy dokazywali sobie na boisku bez niego, to zazwyczaj odpowiadała mu samotność.

Zazwyczaj, bo był jeszcze Filip.

Filip był paskudnym dzieciakiem z blokowisk dalszej części PGR-u, który chodził do tej samej klasy co Artur, ale był o trzy lata starszy. Niewiele obchodziło to jego rodziców, którzy trudnili się piciem tanich win i często dorabiali u ojca Artura, dostając niewielkie dniówki za prace polowe i natychmiast przelewając wypłatę. Raz na jakiś czas któreś z nich próbowało zwędzić jakiś sprzęt gospodarczy, rzadko to się jednak udawało, a frustrację za swoje niepowodzenia zrzucali na pazerność gospodarza i niezdolność do dzielenia się z potrzebującą częścią społeczeństwa.

Jakaś część tej niechęci musiała zostać przelana na ich syna, bo od pierwszego dnia w nowej klasie Filip zapałał szczerą nienawiścią do syna pracodawcy swoich rodziców. Nie wiadomo, od czego się dokładnie zaczęło – od dyktanda, którego Artur nie chciał za niego napisać, a może od okularów które młodszy z chłopców nosił, drażniąc tym gusta reszty i jakby przypieczętowując wizerunek lizusa.

Sprowadzało się to do tego, że nie było tygodnia w którym Artur nie oberwałby manta od Filipa, a błyskawiczna ewakuacja ze szkoły wprost do domu nie zawsze się udawała – na nieszczęście obaj mieszkali niedaleko siebie – jeden w pierwszym z trzech odrapanych bloków pracowniczych, drugi za skrzyżowaniem naprzeciw kościoła, w wielkim szarym domu z drutem kolczastym na szczycie siatki ogrodzenia.

Wiele z tych ucieczek kończyło się w starym kole rolniczym, bo znajdowało się bliżej niż dom, poza tym o wiele łatwiej było się ukryć w labiryncie garaży i pomników przewróconych studni niż na prostej ulicy.

Tak właśnie chłopiec w okularach poznał Coś.

Podczas jednej z gonitw udało mu się zgubić trop i wylądował w przedsionku piwnicy. Kuląc się w półmroku i nasłuchując oddalających się pokrzykiwań Filipa (z których najłagodniejsze nie należało do cenzuralnych), Artur dostał w głowę kamykiem. Odwrócił się do źródła rzutu, ale jego wzrok napotkał tylko pokrzywione i oblepione kurzem regały po obu stronach wąskiego przejścia. Dalsza część podłoża opadała łagodnie w dół i reszta pomieszczenia stopniowo ginęła w ciemności, żeby przejść w nieprzebytą czerń, nie do przebicia przez ludzkie oko. Nie było żadnych pajęczyn.

Cienki chichot odbił się od bielonych ścian piwniczki, a potem Artur usłyszał pytanie.

– Tak, to jest palant – odpowiedział po chwili chłopiec, tak swobodnie, jak gdyby pogawędka z niewidzialnym rozmówcą była najnormalniejszą rzeczą pod słońcem. I sam zachichotał, a dźwięk ten zabrzmiał dość upiornie w opuszczonej piwnicy.

Tak właśnie zaczęła się nietypowa znajomość. Artur stał się częstym gościem w piwniczce, chociaż nigdy nie zapuszczał się dalej niż trzy kroki w głąb. Czasem Coś prosił, żeby ten dołączył do niego na dole, ale nie wiedzieć czemu chłopiec nie ufał mu na tyle, aby się do tego posunąć. Mimo to chłopiec lubił te wspólne chwile, bo było to jedyne miejsce (poza domem ciotki Marii, ale on z kolei nie przepadał za ciotką), w którym czuł się lubiany. Mógł spędzać tam całe godziny po szkole, doklejając nowe okazy w swoim albumie i relacjonując Cosiowi swoje codzienne przeżycia. Nie było tego dużo – jego życie towarzyskie nie należało do tych z gatunku ekscytujących – ot czasem jakaś klasówka, rzadziej bójka dwóch najsilniejszych chłopaków z gimnazjum i oczywiście ucieczki przed Filipem, co zdawało się wyjątkowo interesować jego nowego przyjaciela.

Artur odkrył też, dlaczego w piwnicy nie ma pająków – Coś po prostu wyżarł wszystko, co nie zdołało uciec, a świeże mięso ostatnio rzadko zapuszczało się w tamte okolice. Chłopiec domyślił się, że stwór głoduje i robił co mógł, żeby zmienić ten stan. Okoliczne rowy zostały pieczołowicie oskubane z najmniejszej nawet padliny, raz nawet udało mu się znaleźć niemal świeże truchło okazałego kota, którego średniej jakości podobizna widniała na co drugim drzewie we wsi. Kot musiał cierpieć przed śmiercią – miał wydłubane oczy i ogon obdarty ze skóry – Artur nie sądził, żeby do podobnych obrażeń doszło przez zwykłe potrącenie samochodem.

Nie zawsze takie pożywienie odpowiadało Cosiowi. Nie raz i nie dwa Artur dostał w głowę cuchnącą zwierzęcą kostką, ale daleki był od mordowania okolicznych zwierząt dla zaspokojenia apetytu swojego niecodziennego znajomego. Wystarczających wyrzutów sumienia przyprawiało mu znoszenie żywych pająków krzyżaków, których tłuste odwłoki kołysały się niepewnie w słoiku, jakby przeczuwając los, które je czekał. Stworzenie z piwnicy było niezaspokojone.

Do czasu.

Dzień, który był inny niż poprzednie, zaczął się pogodnie. Chłopiec obudził się jak zazwyczaj, zjadł na śniadanie kanapkę z serem i pomidorem tak jak miał to w zwyczaju, a w szkole jak zwykle siedział w pierwszej ławce z Anią Balmas, która miała piegi i okulary grubości denek od słoików. Dla uzupełnienia codziennej rutyny powinien dostać łomot od Filipa, ale ten na szczęście był nieobecny tego dnia.

Filip dopadł go później.

Artur schodził właśnie z opustoszałego skrzyżowania, całkiem zadowolony z przebiegu sprawdzianu z historii, kiedy nagły cios w potylicę zwalił go z nóg. Podnosząc się na kolana, podniósł rękę i ostrożnie pomacał tył głowy. Na drżącej dłoni nie dostrzegł śladów krwi: była oblepiona lepkim błotem, z którego napastnik zrobił pocisk.

– Wygląda na to, że potrzebujesz małej kąpieli – dobiegł go znajomy głos – śmieciu.

– Odwal się – mruknął Artur, gramoląc się do pozycji stojącej, ciągle zbierając błoto z włosów. – Po prostu się odwal.

Filip podparł się pod boki. Paskudny grymas wpełzł na jego wypukłe wargi.

– Nie ma sprawy. Daj mi tylko odpowiedzi z histy.

Można było się tego domyślić. Starszy chłopak specjalnie nie pojawił się w szkole, żeby poznać odpowiedzi ze sprawdzianu i bogatszy o gotową wiedzę podejść do terminu poprawkowego. W normalnej sytuacji słabszy uległby i podał odpowiedzi bez zwłoki i szkody dla swojego ciała, ale chłopiec, który stał na krawędzi rowu z pecynami błota skapującymi z włosów na kołnierz i za koszulkę ulubionej drużyny piłkarskiej, niebezpiecznie zbliżał się do stanu dalekiego od normalności. Ten chłopiec miał dość bycia normalnym w pokręconym tego słowa znaczeniu i miał dość uważania za normalne to, że kiblujący kilka lat pod rząd w tej samej klasie prymityw traktuje go gorzej niż gówno, które on miał na głowie. Miał powyżej dziury w dupie fakt, że nauczyciele ignorowali zaczepki w jego kierunku, a reszta klasy uważała go za gorszego nawet od Adama Zezola, mającego oczy jak kameleon i opóźnienie umysłowe.

Chyba zbliżał się do chwili, którą jego ojciec nazywał momentem krytycznym.

Wszystkie te mysli zajęły Arturowi nie więcej niż kilka sekund, a ręka była szybsza od rozsądku. Pierwszą rzeczą jaką zobaczył po opadnięciu adrenaliny była osłupiała twarz Filipa, z błotem rozsmarowanym na policzkach.

– Zabiję cię – ten ogłosił niemal dobrotliwie, dotykając swojej twarzy, a wyraz zaskoczenia powoli ustępował zimnej furii. – Zabiję cię, ty mały skurwysynu.

Artur nie czekał na wprowadzenie groźby w życie, ruszył z miejsca nie oglądając się za siebie. Nie trudnił się powrotem na ulicę, było to zbyt ryzykowne w jego sytuacji. Zamiast tego obrócił się i pognał prosto w pole, szumiące od dojrzałej kukurydzy.

Filip był starszy, ale jego młodszy, zaprawiony w treningach kolega nie ustępował mu prędkością. Artur biegł, jakby chodziło o jego życie i możliwe, że wcale nie przesadzał. Nigdy wcześniej nie widział swojego oprawcy tak wściekłego, a widział wiele. Kilka razy omal się nie potknął na bruździe, ale zaraz łapał równowagę zwiększając dystans w miarę możliwości. Liście kukurydzy smagały go po twarzy, długie wąsy kolb czepiały się ubrania, a tornister podskakiwał rytmicznie na plecach – przeklinał siebie, że nie rzucił ciężaru w diabły tam, na ulicy, ale teraz było za późno na pozbawienie się balastu – wytraciłby tylko prędkość. Słyszał za sobą wściekłe dyszenie i dwa razy krótkie palce omal nie zacisnęły się na jego koszulce, na szczęście w porę udało mu się uskoczyć.

Gąszcz kukurydzy skończył się gwałtownie i Artur omal nie rozbił nosa na resztkach znajomego ogrodzenia: oto zbliżał się do byłego kółka rolniczego. Ośmielony na swoim terenie, sprawnie wskoczył przez dziurę w siatce i ruszył w stronę najbezpieczniejszej, jak mu się wtedy zdawało, kryjówki – do piwnicy.

Miał szczęście, że nie zamarudził przy ogrodzeniu, bo zaraz z zieleniny wyskoczył jego dręczyciel, z twarzą czerwoną od wysiłku i hamowanej agresji. W oddali mignął mu drobny tułów gnojka, który ośmielił się z nim zadrzeć. Musiał za to srogo zapłacić. Filip sam w sobie był tragiczną postacią: wszystko co było w nim przyzwoite nie miało szansy przetrwać w okrutnym świecie po pegieerowskich baraków, o co sam się właściwie nie starał. Oglądając okładających się rodziców miał wrażenie, że przemoc rozwiązuje większość problemów i kiedy ojcu zdarzyło się rozbić butelkę od wina na głowie syna, ten odreagowywał na własny sposób. Jednym z takich sposobów był Artur, z którego regularnie wytłukiwał wszystko, czego mu w gruncie rzeczy zazdrościł. Drugim ze sposobów były zwierzęta – zaczęło się od martwego królika, poćwiartowanego i rozebranego na części pierwsze, a później, kiedy emocje z zabawy padliną opadły, były gołębie i nieco większe stworzenia. Okoliczni mieszkańcy zaczęli skarżyć się na ubytki kotów i niekiedy małych psów w zagrodach, ale zrzucano to na karb grasującego w okolicy szkodnika w typie wyrośniętego lisa, nie na wyrośniętego dzieciaka z zaostrzonym nożykiem.

Tego dnia Filip miał przy sobie ten nożyk: z charakterystyczną plastikową rączką i długą brzytwą, spoczywał teraz bezpiecznie w kieszeni jego wytartych dżinsów. Był zdecydowany użyć go na coś większego niż na psa: może tylko przejedzie gnojkowi ostrzem po plecach, a może coś więcej.

Kilka metrów przed sobą dostrzegł znajomą czerwoną koszulkę.

– Hej!

Przyspieszył biegu w sam raz żeby dostrzec, jak jego ofiara ginie w dziurze w ziemi.

– Wiem, że tam wlazłeś! Nie masz się gdzie schować, idioto!

Ostatnie słowa zabrzmiały tuż nad Arturem, który legł skulony pod jednym z regałów. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego wybrał tak oczywistą kryjówkę, ale działał pod wpływem impulsu, poza tym nie było czasu na wybór lepszej.

I nie było takiej siły, która zmusiłaby go do wędrówki w dalszą część podziemia.

Nie teraz, kiedy wyraźnie czuł podekscytowanie emanujące z ciemności.

Artur zorientował się, że promień światła z wejścia pada na jego rękę i natychmiast ją cofnął, wciskając się mocniej pod regał, czując za plecami szorstką fakturę ściany.

W tym samym momencie Filip wpadł do piwnicy. Artur widział ze swojego miejsca jego podarte adidasy, które przystanęły na chwilę, kiedy ich właściciel rozglądał się po wnętrzu i starał się nie oddychać, aby nie dać żadnego znaku swojej obecności, z całych sił pragnąc wtopić się w otoczenie. Z oddali dobiegł ich uszu nikły dźwięk, który przy odrobinie dobrej woli mógł zostać wydany przez niezdarnego, szukającego ukrycia chłopca. Filip parsknął z satysfakcją i ruszył w stronę źródła dźwięku. Coś stalowego błysnęło w jego ręku i odbiło się blaskiem po jednym ze szkieł okularów Artura, ale oprawca był zbyt zaabsorbowany polowaniem, żeby to dostrzec.

Skulony pod stertą drewna chłopiec słyszał oddalające się ciężkie kroki, które przeszły w trucht, żeby po chwili zatrzymać się gwałtownie.

Przez sekundy, które dłużyły się jak godziny, nie było słychać nic.

Potem rozległ się krzyk. Ukryty pod meblem chłopiec odwrócił twarz w tamtą stronę, ale natychmiast tego pożałował.

Nie był to zwykły krzyk przestraszonego dzieciaka – to był świdrujący wrzask złapanego w myśliwską pułapkę zwierzęcia, napierający na bębenki uszne i każący uciekać gdzie popadnie, byle dalej od tego potępieńczego odgłosu.

Artur nie czekał, aż krzyki ustaną. Wyczołgał się ze swojego schronienia, boleśnie obijając sobie kręgosłup o podstawę regału, na co nawet nie zwrócił uwagi, w tamtej chwili skupiony jedynie na ucieczce.

Hałasy ustały szybko, ale Artur wciąż słyszał w głowie przejmujące krzyki, nawet na ostatniej prostej do domu. Gorączkowo starał się wyrzucić z głowy te dźwięki, a nade wszystko starał się zapomnieć o tym, co widział.

O widoku długich, czarnych palców o sinych szponach, zaciskających się na kostce okrytej wytartymi dżinsami.

Następnego dnia Filip kolejny raz nie pojawił się w szkole. Wychowawczyni wyraziła przypuszczenie, że wirus grypy żołądkowej zbiera obfite żniwo w tym roku.

To był bardzo dobry dzień.

Riverdale: Hannah Montana z suspensem?

 

Rzadko oglądam seriale. Nigdy nie oglądalam ich zbyt wiele, nawet kiedy miałam aż za nadto wolnego czasu. Nie trafiały do mnie seriale przeznaczone dla kobiecej grupy odbiorców, inne, głównie o kryminalnej tematyce przyciągały mnie, ale zazwyczaj na krótko, ponieważ większość z nich ma tendencję do wpadania w schematy i odpuszczałam sobie, kiedy każdy kolejny odcinek składał się z tych samych elementów co reszta sezonu: zagwozdka, tropy, fałszywy wynik, olśnienie, dobry wynik, bolączka kultowego swego czasu Doktora House’a. Do tego wszystkiego nie mam cierpliwości do dłuższych historii, przy czym jestem dość cyniczną osobą i bynajmniej nie uważam tego za swoją zaletę, bo ta cecha sprawia, że sama odbieram sobie radość z cieszenia się rzeczami.

Ale dość o nienawiści do samej siebie, przejdźmy do tematu:

Seriale dla nastolatków to osobna kategoria i źródła zła wszelakiego, które omijałam szerokim łukiem odkąd pamiętam. Teoretycznie Riverdale nie odbiega formą od ogranego schematu: grupka ładnie ubranych przyjaciół zmaga się z rodzicami, sukowatą czirliderką i buzującymi hormonami, w mieście każdy zna każdego, a pomniejsze problemy rozwiązują się na końcu każdego odcinka. Jednak to, co odróżnia ten serial od jemu podobnych to sposób, w jaki twórcy zapodają temat i jak bezceremonialnie przełamują pozornie przewidywalne tropy. Już pierwszy odcinek stanowi zapowiedź czegoś nieszablonowego: rozkładające się zwłoki nastolatka to nie jest coś, co można było zobaczyć w którymś z epidodów Hannah Montana, prawda?

Riverdale jest adaptacją serii komiksów, których rozkwit przypadał na lata sześćdziesiąte, a jego początki sięgają ponad siedemdziesiąt (!) lat wstecz: jakim cudem ta marka utrzymała się na fali nie mam pojęcia, ale może to po prostu specyfika amerykańskiego rynku i umiejętność twórców do podążania za trendami i dostosywania poziomu do ówczesnych realiów. Tytułowy Archie zwykle był kreowany na typowego nastolatka swoich czasów, a jego przygody i miłosne perypetie miały w zamierzeniu odzwierciedlać życie jego ówczesnego amerykańskiego rówieśnika.

PicMonkey Image

Czas działa na korzyść Archiego

Jak wiele wspólnego z oryginalną serią komiksów ma serial? Zagłębiając się w temat nietrudno odkryć, że nie tak znowu wiele i poza głównym trójkątem miłosnym: Betty – Archie – Veronica oraz imionami bohaterów, produkcji CW bliżej do niezależnego dzieła niż wiernej ekranizacji. Archie nadal jest rudy, ale nie wygląda już jak piegowaty kartofel i można na niego patrzeć bez łzawienia oczu, choć osobiście mam problem z jego postacią, bo wydaje mi się, że kolor jego włosów może mieć coś wspólnego z brakiem duszy (żarty z bigosogłowych zawsze śmieszne). Serio, szybkość, z jaką ten gość zmienia miłosne obiekty zainteresowania i łatwość do zapominania o byłych partnerkach może zbijać z tropu, zwłaszcza kiedy twórcy przedstawiają nam jakąś postać jako istotną dla fabuły po to tylko, żeby pozbyć się jej w najmniej spodziewanym momencie. Mam tu głównie na myśli wątek członkini the Pussycats, Valerie, której postać zapowiadała się na naprawdę interesująco i chciałam zapoznać się bliżej z jej historią, która zakończyła się równie gwałtownie co bezsensownie. Za to podobał mi się kierunek, w jakim poprowadzono Jugheada i jak nadano głębi temu pozornie przewidywalnemu aspołecznemu typowi, przedstawiając powody jego wycofania i wyciągając z niego więcej niż bycie obiektem wzdychań nastoletnich fanek niegrzecznych (ale obowiązkowo ładnych) chłopców. Doznałam szoku, kiedy odkryłam, że odgrywający tę rolę Cole Spourse to ten wkurzający dzieciak zaczynający ze swoim bratem bliźniakiem na DisneyXD w tak wyśmienitych tytułach jak Nie ma to jak statek czy równie odkrywczy Nie ma to jak hotel. Nie miałam pojęcia, że on jest tak młodziutki, chociaż to może wyjaśniać, dlaczego brzmi jak w trakcie przechodzenia mutacji głosu. Ostatnie sceny z jego udziałem dają nadzieję na ciekawe rozwinięcie tego bohatera, choć póki co zwiastunu drugiego sezonu nie ukazują nic istotnego w tej kwestii.

Postacie kobiece są bardzo w porządku, choć część z nich jest kreślona grubą kreską. Nie kupuję Veroniki – w komiksie przedstawiono ją jako zepsutą córeczkę bogatego tatusia, w serialu na siłę próbowano nadać jej wyraźniejsze rysy i ukazać jej lepszą stronę, mimo to jej przemiana wypada wyjątkowo niewiarygodnie, zwłaszcza z szeleszczącymi papierem kwestiami w typie: byłam zla, teraz jestem dobra i porządna, ojeju ojeju kochajmy się i podążmy razem w stronę zachodzącego słońca. Przy niej nawet Betty ze swoimi wymuszonymi schizami wypada całkiem sensownie, jednak moją ulubioną postacią kobiecą wciąż pozostaje Cheryl Blossom. Głównie ze względu na krętą drogę, jaką jej postać przeszła, właściwie ją jedyną określiłabym mianem tej, która przeszła bardziej skomplikowaną ewolucję, ponieważ reszta postaci mimo przełamywanych schematów wciąż pozostaje stosunkowo przewidywalna. Jest Jedyny Gej we Wsi, który nie robi nic ponadto byciem homoseksualistą, co samo w sobie jest dość krzywdzące, jeśli osoby odmiennej orientacji charakteryzuje się jedynie przez pryzmat ich seksualności, ewentualnie wykorzystuje jako obowiązkowy comic relief, bo przecież bycie homo jest takie zabawne. Są psychopatyczni rodzice, skrywający mroczne sekrety i przelewający część własnego poczucia winy na własnych dzieciach, jest prawy szeryf, są typy spod znaku ciemnej gwiazdy i skórzanej kurtki, intrygi i kilku mięśniaków z iq na poziomie pierwotniaka.

Właśnie, intrygi. Większość z nich to typowe krótkodystansowce zawiązujące się w trakcie jednego epizodu, część rozwija się powoli tylko po to, żeby zakończyć w sposób co najmniej niesatysfakcjonujący. Podobnie jest z odcinkiem finałowym, który znacznie przyspiesza tempo i całość sprawia wrażenie, jakby twórcy chcieli domknąć mnóstwo plotów w zbyt krótkim czasie. Ostatecznie rozwiązanie zagadki kryminalnej wydaje się oczywiste i przewidywalne, ale całość wynagradzają zdjęcia i niesamowity klimat – kadry są niemal stworzone do ustawienia na tapetę monitora. Całość sprawia wrażenie żywcem przeniesionej z jakiejś baśniowej krainy, gdzie co prawda ludzie mają dostęp do najnowocześniejszych zdobyczy techniki, ale jakimś cudem całość wciąż wygląda, jak osadzona w neonowych latach osiemdziesiątych na zmianę z sześdziesiątymi.

Czy polecam ten serial? Myślę, że to godna polecenia pozycja, nawet dla fanów wyrafinowanych intryg. Po powyższym wywodzie można odnieść wrażenie, że mam negatywny stosunek względem tego tytułu, jednak sama zaskoczona jestem, jak bardzo dobrze bawiłam się oglądając Riverdale. Owszem, nie jest to skomplikowana, naszpikowana aluzjami i odniesieniami do rzeczywistości intelektualna uczta na miarę Twin Peaks i nie wymuszająca minimum wysiłku od szarych komórek historia w typie Legionu, ale to wciąż kawał dobrej rozrywki. Kawał bardzo ładnie opakowanej rozrywki, trzeba to przyznać. Jednym z moich głównych zarzutów jest polska dystrybucja – Netflix żąda od Polaków pełnej ceny za niewymiernie mniejszy dostęp do polskich wersji językowych i w tej chwili pierwszy sezon serialu jest dostępny w angielskiej wersji językowej, bez napisów, nawet po hiszpańsku. Dla mnie to nie jest problem i dla części polskich widzów również nie powinien być, ale jednak są inne niż angielski języki, które zgłębiają widzowie i odbiór wielu produkcji jest znacznie utrudniony przez brak dostępu do zwykłych napisów. Netfliksie, przestań kłaść lachę na każdym, kto nie płaci w dolarach bądź funtach i ogarnij się.

Sezon drugi już 11 października, w nim powrót ojca Veroniki, przejście Archiego na ciemną stronę mocy i Jughead w szeregach Southside Serpents – nie brzmi to zbyt emocjonująco, ale z pewnością będzie dobrze wyglądać.

Najdroższa inscenizacja w historii: Dunkierka

dunkirk-wwii-image.jpg

Zdawałoby się, że w temacie kina wojennego wszystko zostało powiedziane, mimo to twórcy wciąż poszukują nowych ścieżek na przedstawienie wydarzeń, które my znamy z lekcji historii bądź opowiadań rodzinnych. W moim domu rodzinnym pojęcie Drugiej Wojny Światowej było od zawsze obecne: mój dziadek jako polski żołnierz wylądował w niemieckim obozie pracy, Rosjanie okupowali nasz dom, za dziecka straszono nas trupem niemieckiego oficera w piwnicy, a wedle słów babci droga przy kościele była pokryta rzędami martwych ciał – ze względu na osobisty stosunek, a także udział Polski w tych tragicznych wydarzeniach sprawił, że filmy opowiadające o tym okresie trafiają do mnie mocniej niż inne filmy tematyce wojennej.

Christopher Nolan zdecydował się na temat, którego nigdy wcześniej nie poruszano w kinematografii na taką skalę: postanowił zekranizować nie zwycięstwo, a dotkliwą porażkę alianckich wojsk, które w liczbie ponad trzystu tysięcy żołnierzy na skutek złego rozłożenia sił i nieumiętnego dowodzenia utknęły na francuskiej plaży, otoczone przez wroga. Samej operacji ewakuacji nadano kryptonim Dynamo i nie byłaby ona konieczna, gdyby nie zgubna pewność we własne siły i zlekceważenie przeciwnika. W przedsięwzięcie zaangażowały się również jednostki cywilne i film daje nam okazję do towarzyszenia jednej z nich w misji ratunkowej – i z niejakim zaskoczeniem muszę przyznać, że kapitan jednej z nich to jedyna postać, z którą widz może związać się emocjonalnie, bowiem wydaje się, że reżyser bardziej niż na pojedynczych postaciach skupia się na masie, jaką jest ogrom przerażonych żołnierzy.

I właśnie o tym traktowały główne zarzuty względem najnowszego filmu Nolana, a mianowicie na braku przybliżenia postaci – w tym filmie nie uświadczymy nikogo, za kim moglibyśmy podążyć i komu moglibyśmy kibicować – dialogi są zdawkowe i nieliczne, a ekspozycja bohaterów zerowa. W Dunkierce bohaterowie eksponowani są poprzez akcję i to nie słowa mają odkrywać ich prawdziwe oblicza i to, jakie zmiany przechodzą, ale zdarzenia ich kształtujące. Film otwiera się mocnym wejściem i oglądający zostaje wrzucony w wir wydarzeń, ale nie dostarcza mu się powodu do polubienia protagonistów: nie poznaje ich myśli, motywacji oraz przeszłości: może tylko patrzeć.

„Dunkierka” to nie film wojenny. To opowieść o przetrwaniu, a przede wszystkim suspens. Owszem, jest tam duże napięcie, ale nie oznacza to, że pokazuję krwawe sceny walki, co robiono już w wielu innych filmach. My postawiliśmy na inne podejście. Chcieliśmy budować napięcie w inny sposób. Chcę, by różni ludzie mogli coś wynieść z tego doświadczenia.

Christopher Nolan

Czy jest na co? Miejscami bardzo ciasne kadry i statyczne na przemian z dynamicznymi ujęcia ukazują wojnę w jej prawdziwym, nie retuszowanym kształcie – zatapiane barki i krążące spitfajery wyglądają dobrze, ale szczerze mówiąc, po budżecie rzędu stu milionów dolarów spodziewałam się nieco większego rozmachu. Tak surowe, czasem ascetyczne wręcz przedstawienie tematu było zamierzonym działaniem reżysera i to może działać, jeśli przed seansem wyłączy się oczekiwania i nie nastawi na emocjonalną i epicką podróż w typie zupełnie innej historii przedstawionej w Szeregowcu Ryanie bądź niekoniecznie wychwalanej przeze mnie Przełęczy Ocalonych, która mimo patetyzmu i walenia widza w twarz banalnymi mądrościami, jest nacechowana potężnym ładunkiem emocjonalnym.

Sama narracja jest specyficzna, co może być nieco dezorientujące i uporządkowanie biegu wydarzeń zajęło mi trochę czasu: film jest podzielony na trzy części, które nie dość, że odgrywają się w trzech różnych miejscach, to ich chronologia nie jest oczywista – ten zabieg sprawia, że nie dość uważny widz może zwątpić w pojemność baku paliwa w maszynie pilota, granego przez Toma Hardy’ego w nieśmiertelnej masce na twarzy (do którego wrócę za chwilę). Ostatecznie wszystkie wątki spotykają się w kluczowym punkcie, choć rosnące napięcie, napędzane miarowym tykaniem zegara, opada w dość rozczarowującym finale. Zakończenie odstaje od ogólnego tonu produkcji i reżyser popada w typowe dla siebie nolanizmy – jakby górnolotny przekaz był nie dość wyraźny, zostajemy uraczeni cytatem Winstona Churchilla (wtedy świeżo mianowanego premiera, zastępując ustępującego ze stanowiska Chamberlaina). Jak wyszło? Oszczędzając spojlerów napiszę tylko, że ilość słodyczy w końcówce musiałam przegryźć miętówką.

Aktorsko jest bardzo dobrze, choć zaskakująco lepiej wypada drugi niż pierwszy plan. Główni (w zamierzeniu) bohaterowie zostali obsadzeni młodymi twarzami i wszyscy grają poprawnie, łącznie z Harrym Stylesem (bądź co bądź, za dużo to się nie nagrał), ale prawdziwe perełki błyszczą w pojedynczych scenach, kiedy widzimy Ciliana Murphy’ego czy Toma No-One-Cared-Who-I-Was-Until-I-Put-on-the-Mask Hardy’ego – zadziwiająco, ile ten drugi potrafi wyciągnąć z roli nawet wtedy, kiedy połowę twarzy zakrywa mu maska. Nikogo tak naprawdę nie poznajemy dogłębnie, ale jest coś autentycznego i przerażającego zarazem w tej bezimmienności, bezradności żołnierzy wystawionej na ostrzał wroga – świadomość, że zdążysz zginąć, zanim ktokolwiek pozna twoje imię. Wróg w tym wypadku jest więcej niż bezimmienny, nie ma mowy o Niemcach, nie ma mowy o pojedynkach twarzą w twarz, są tylko brzuchy samolotów i pociski wzbijające piach oraz wzburzającego fale. Są również dzielni Anglicy, a jakże. W ferworze aktów odwagi ze strony szlachetnych Brytyjczyków osiągnięcia Francuzów nie tyle bledną, co po prostu zostają pominięte, a fraza o ratowaniu rannych jako pierwszych kłóci się z prawdziwym komunikatem, głoszącym o pozostawieniu za sobą każdego, kto spowalnia ewakuowanych.

dunkierka

Amatorom kina wojennego zdjęcia dokumentujące wydarzenia z francuskiego wybrzeża mogą powiedzieć więcej, niż półtorej godziny filmu

Czy polecam ten film? Oczywiście, sama, mimo powyższych zarzutów nie żałuję czasu spędzonego w kinie, ani wydanych na bilet pieniędzy, jednak przedtem zapoznałam się z opiniami znajomych i mniej więcej wiedziałam, czego oczekiwać. Żeby tylko w pełni pojąć zamysł reżysera, bądź po prostu spędzić dobrze sto dwie minuty na siedząco, trzeba porzucić nadzieje na legendarne poruszające widowisko, a nastawić się bardziej na inscenizaję operacji wojennej. Bardzo ładnie i estetycznie nakręconej inscenizacji. Dość mało konkretnej, ale efektownej. Ku pokrzepieniu brytyjskich serc.